Wylot… żeby nie powiedzieć odlot.

Początek, jak zresztą niemal każdy początek, okazał się… co najmniej ciekawy. W Poznaniu na Ławicy czekaliśmy tylko 3 godziny na wylot (kto wymyślił żeby przyjeżdżać 2 godziny wczesniej…) za to na Okęciu aż 3.40 – no dobra niewiele więcej ale za to godzinę w kolejce, która poruszała się niemal wstecz. Potem tylko wielkie „trzepanie” braci turystycznej, łącznie ze skrupulatnym grzebaniem w torbach, zdejmowaniem butów i sprawdzaniem z jakiego stopu są plomby w zębach. Z tym ostatnim przesądziłem, ale tylko troszkę. Na sam koniec przed umoszczeniem się w wygodnym transatlantyckim fotelu, okazało się że mamy 50 min opóźnienia… jak na razie. O! Właśnie wyczytują kolejną „szczęśliwą piątkę” do wpuszczenia na pokład. Pewnie „służbowo, na statek”. I tak co 10-15 minut. Witaj Ameryko.. prawie :-)