Alausi – nadal strajki

No dobra, co bede owijal… Dzisiajszy dzien sie na nas uwzial, zreszta tak samo jak przewoznicy autobusowi. Musieli sobie w jakis tajemny sposob podac nasze namiary, wyglad czy cos innego bo robia sie coraz bardziej niesamowici.

Ale od poczatku. Od samego rana w Riobambie polecialem na stacje kolejowa, zeby rozeznac sie czy moze juz przestali strajkowac. Ale gdzie tam – dowiedzialem sie od dwoch zmaltretowanych zyciem chyba-pracownikow. No nic, w takim razie sniadanie i jedziemy do Alausi, gdzie prawdopodobnie, wedlug jednej pani z hotelu, moze jechac pociag do Sibamby. Zrobilismy sobie jeszcze tylko poranny spacerek rozeznawczy, podczas ktorego kupilismy „mordoklejki”, grzalke  w wersji zolnierskiej (ceramiczny rdzen, na ktory owinieta jest spirala i ktory to zestaw zagotowuje szklanke wody doslownie w 1min – znacie pewnie te zolnierskie sposoby gotowania wody przy pomocy zwyklych kabli ze sciany polaczonych zyletka… no to wlasnie cos takiego, tylko w wersji hi-tech), kilka slodyczy itp.

Podczas powrotu Monia czestuje mnie mordoklejkiem, a ja zartuje, ze raczej dziekuje, bo mi to wszystkie plomby z zebow powyciaga, ale skusilem sie… jasny gwint, chyba jestem jasnowidzem! Przy ktoryms „zujnieciu” zostala mi na cukierku prawie polowa zeba! Wykrakalem czy jak?! No co zrobic, zatkam sobie guma :-) Juz wtedy Monia zaczela cos przebakiwac, ze troche lamie ja w kosciach, a ze wczoraj w wieczornym autobusie wialo jak choinka, to spodziewalem sie, ze sie troszke podziebila, niestety. Przy wychodzeniu z hotelu pieknie sie zegnamy, dziekujemy i juz niemal wsiadamy do taksowki, az tu nagle wylatuje recepcjonista i pyta mnie czy zaplacilem juz komus, bo on nic nie wie. No tak, zapomnialem, powaznie. Wracam, przepraszam, place i jest w porzadku.

W koncu podjechalismy na dworzec, kupilismy bilety z Riobamby do Alausi ($3 za 2 os.) i rozsiedlismy sie wygodnie w autobusie, ktory jak sie dowiedzialem od stojacego na nim goscia jedzie do Alausi o 13.00 – czyli nasz, pomyslalem. Tak, pewnie… po 20min podchodzi do nas „kanar” i prosi o kase, na co ja wyciagam bilet, a on robi strapiona mine i mowi, ze jedziemy niewlasciwym autobusem, bo ten nalezy do innego przewoznika, a my mamy bilet do innego. ZMOWILI SIE BANKOWO! No bo nie wiem jak to sobie wytlumaczyc. I znowu gadka z gosciem, ze jestesmy obcokrajowcami i nie wiemy, ktory autobus jest ktory, i ze ja go przeciez pytalem i ze na pewno nie bedziemy placic drugi raz, etc. Gosc tlumaczy nam swoje, ale my jestesmy uparci – po ostatnim incydencie juz nikt w Ekwadorze nie zrobi z nas glupich gringos! Po kilku minutach kanar stwierdzil, ze nasz wlasciwy autobus jedzie o 5min za nami i ze on nas tu wysadzi. Prosze bardzo! Tak sie tez stalo i drugim, wlasciwym juz, autobusem podjechalismy do Alausi.

No niestety… w Alausi tez strajk, wiec co tu robic. Podeszlismy do centrum, sprawdzilismy autobus z powrotem do Riobamby, pozniej do Guayaquil oraz Cuenci i postanowilismy pojechac do tej ostatniej. Niestety bezposredni autobus jest dopiero jutro rano, do Guayaquil to samo. Podczas sprawdzania autobusow zamowilismy sobie herbate. Niestety za pierwszym razem dostalismy rumianek z miodem (w kartoniku byla jedna rozerwana paczka), a za drugim, po mojej interwencji, dostalismy… ziolka na odchudzanie podobne do naszej „Figury”. Caly czas pani twierdziala, ze to dobra herbatka.. a nawet jesli nie herbatka tylko ziolka (yerba) to przeciez i tak fajnie. Co za babeczka ;-) Wkoncu do goracej wody wrzucilismy swoja, plecakowa herbatke liptona. W miedzyczasie Moni sie troszke pogorszylo i polamalo ja mocniej w kosciach, wiec po krotkiej naradzie postanowilismy zostac na noc w Alausi, wykurowac ja i jutro rano, jesli pociag nadal nie pojedzie, czmychnac do Cuenci, a potem dalej do Guayaquil – za jakies 3 dni powinnismy przekroczyc granice Peru. Tymczasem Monia wzmocnila sie troszke swiezymi buleczkami prosto z piekarni pod naszym hotelikiem (Americano; opisywany w przewodniku, jako najlepszy w miasteczku; $7/os), olbrzymimi i soczystymi truskawkami (fresas), malymi smakowitymi banankami (oritos, a nie platanos, czyli po prostu zwykle banany), ananasowa herbatka (grzalka swietnie sie sprawdzila i nawet nie spalila instaklacji hotelowej) i polopirynka S. Grzeje sie teraz bidulka pod pierzyna i jutro na pewno bedzie czuc sie lepiej.

Samo Alausi jest malym miasteczkiem przesiadkowym na trasie pociagu z Riobamby do Sibambe (wspominany juz Nariz del Diablo), a o jego „wielkosci” i „turystycznosci” swiadczy to, ze 80% sklepow i knajpek zamykana jest juz przed 18.00 – czyli troszke „dziura”. Acz urokliwa ze wzgledu na mala liczbe turystow.

Jutrzejszy dzien na pewno jakos nam to wynagrodzi :-) Moze nawet Cud nas dogoni ;-)

 PS. Liczymy na jakies malutkie, skromiutkie, albo przeciwnie, wypasne i dlugie komentarze :-) ARRIBA!