Droga nad wybrzeze: Alausi – Guayaquil…

Po calonocnych uciazliwosciach natury fizjologicznej (problemy z jelitami) nie sadzilam, ze wyjedziemy dzisiaj w dalsza droge w strone Guayaquil… Cale popoludnie lezalam wczoraj w lozku i az mnie skrecalo z bolu w kosciach, dopiero po zazyciu polopiryny zaznalam ulgi. Niestety jak sie okazalo tylko chwilowej, bo wieczorem chwycily mnie skurcze jelit, tak mocne, ze  z pewnoscia mozna byloby je porownac do przedporodowych (chociaz nie mam pewnosci, bo brakuje mi doswiadczenia w tej materii…chyle czola wszystkim Matkom…). Cala noc spedzilam na bieganinie pomiedzy lozkiem i toaleta, nie zmruzywszy nawet oka… Kiedy uslyszalam nad ranem pianie koguta zaczelam martwic sie, ze utkwimy w Alausi na dobre… Na cale szczescie okolo godziny 6.00 poczulam sie lepiej. Spakowalismy sie i wybralismy na krotki spacer po okolicy, wspinajac sie na wzgorze, z ktorego spoglada na miasto monumentalny San Pedro,trzymajac w dloni klucz do Bram Nieba (a nie ptaszka – jak nam sie wczoraj wydawalo, gdy spogladalismy z daleka z naszego hotelowego pokoju na ta gigantyczna figure gorujaca nad miastem, zastanawiajac sie co to za swiety;-). Ciezko mi bylo wczolgac sie na wzgorze, bo wciaz czulam bol w jelitach, ale twarda jestem i nie lubie narzekac. Postanowilismy jechac dalej, majac nadzieje, ze przetrwam 5-godzinna trase do Guayaquil. Najwyzej gdzies w trasie w jakims „pueblo” zatrzymalibysmy sie na regeneracje sil. Nie bylo to jednak konieczne, bo spokojnie, bez zadnych nieprzyjemnosci dojechalismy do najwiekszego miasta w Ekwadorze – Guayaquil. Wyjezdzajac z Alausi mijalismy przepiekne andyjskie widoki – male wioseczki rozrzucone w dolinach posrod wysokich gor, rzeczki przy ktorych suszylo sie na trawie pranie, ludzi pracujacych wysoko w gorach na swoich poletkach albo odpoczywajacych w domostwach na hamakach…Zegnalismy sie tym samym z charakterystycznym widokiem dla tego regionu – tradycyjnie ubranych kobiet w poncha i kapelusiki z pawim piorem. Przywyklismy do tych klimatow, az zal wyjezdzac… Urzekajaca trasa… Co prawda fajnie byloby przejechac ja czesciowo na dachu pociagu, jak planowalismy, ale sami nie uruchomimy pociagu (chociaz? wszystko jest mozliwe…). W miare pokonywania drogi otoczenie zmienilo radykalnie klimat na bardziej tropikalny – temperatura znacznie wzrosla, gory zostaly za nami, a naszym oczom ukazaly sie ogromne plantacje bananowcow, bujniejsza i bardziej egzotyczna roslinnosc oraz lepiej wygladajace domostwa. Po poludniu bylismy juz w Guayaquil, zlapalismy taksowke z dworca do centrum i zameldowalismy sie w Hostelu Atlantic ($8 za os.), usytuowanym bardzo blisko promenady nadbrzeznej Malacon 2000 – wizytowki miasta. Dowiedzielismy sie, ze jest tutaj bezpiecznie, czego nie mozna powiedziec o innych dzielnicach Guayaqil -uwazanego za jedno z najbardziej przestepczych miast Ekwadoru. Po malym odpoczynku poszlismy na promenade ciagnaca sie przez 2,5 km wzdluz Rio Guayal. Zjedlismy po  rybce, ale nie bylo to dla mnie dobre rozwiazanie, bo jelita znowu sie odezwaly… Bylam tez mocno oslabiona po wczorajszej nocnej „rewolucji”. Jutro od rana zwiedzimy spokojne Guayaquil…Hasta luego amigos!