Guayaquil i droga do Cuenci (film przygodowy)

Nic nie zapowiadalo dnia pelnego wrazen, az takich wrazen! Dzien rozpoczal sie zwyczajnym rytmem i kilkoma szczesliwymi akcentami – kondycyjnie czulam sie wspaniale (dojscie do formy bylo od 2 dni moim najwiekszym pragnieniem…), a poza tym na skutek roznych perturbacji z liniami lotniczymi nasz powrot zostal przeniesiony na 4 wrzesnia (i zaskoczenie, i dobra nasza:-)  

Jestesmy w kolejnym miescie, do ktorego zawital tez ponad 150 lat temu Pawel Edmund Strzelecki:-) I mozna smialo powiedziec, ze troche klimatu tamtych czasow mozna w Guayaquil do dzisiaj zaczerpnac. Niemniej jest to potezne miasto portowe, bardzo nowoczesne, a jego duma  jest ciagnacy sie przy nabrzezu Rio Guayas Malecon 2000 – promenda, na ktorej budowe i zagospodarowanie miasto wydalo majatek, podobnie jak i na renowacje pieknych, kolorowych domkow w stylu kolonialnym na pobliskim wzgorzu Las Penas. Tam wlasnie znajduje sie jedna z najciekawszych ulic w miescie – brukowana Calle Numa Pompillo Llona, na ktorej w kolonialnych kamieniczkach mieszcza sie galerie sztuki. Wdrapalismy sie schodami wiodacymi na Cerro Santa Ana na sam szczyt wzgorza do fortu zwanego Fortin de Cerro, skad rozposciera sie wspanialy widok na miasto. Wszystko byloby dobrze, gdyby nie ten okropny upal i duchota, ktore odbieraly nam wszelkie sily witalne. Nie przepadamy za wielkimi miastami, zadymionymi, parnymi gigantami, ale pomimo mocno dajacego sie we znaki upalu, ten wlasnie rejon Guayaquil zrobil na nas bardzo pozytywne wrazenie: wieze obserwacyjne, pomniki, dzialajace place zabaw dla dzieci, piekne ogrody tropikalne, ciagi sklepowe i restauracyjne bardzo przyjemnie zaaranzowane, muzea antropologiczne, targi pamiatek i kino IMAX. Calkiem fajne miasto, ale i tak stwierdzilismy, ze lepiej czujemy sie w dzungli i w malych, kameralnych miasteczkach. Molochy nas przytlaczaja i rzadko kiedy w podrozy czerpiemy pozytywna energie z pobytu w miescie (chociaz w Australii duze miasta byly bardzo przyjazne). Zazwyczaj sa to jednak dla nas wampiry energetyczne.

Plecaki zostawilismy w hotelu informujac, ze wyrejestrujemy sie okolo 13.30 (normalnie doba jest do 12.00). Troche godzin sobie pospacerowalismy po nabrzezu, Las Penas i nagle zrobila sie 16.00, ups. Recepcjonistka, mila pani, nic nie powiedziala, wiec wzielismy taksowke i pomknelismy na dworzec autobusowy (terminal terrestre).

—————————————————————————————–

Film Przygodowy….

Dworzec, jak to w duzym miescie, jest bardzo duzy i obsluguje go okolo 80 roznych przewoznikow! Natychmiast nas oblegli ale tylko jeden z nich zaproponowal znizke i wychwalal autobus pod niebiosa (linia Super Semeria). Czekamy na „peronie” i nic, 20min opoznienia i nadal nic. W miedzyczasie widzimy na innym „peronie” dwojke ludzi z tobolami, ktore ledwo pomiescilyby sie „na pace” polskiego Zuka (bez przesady!). Nagle podjezdza stary, kolorowy rupiec jakby wprost z ulicy indyjskiego Delhi. Patrzymy wymownie na „zachwlacza” a on energicznie kiwa przeczaco glowa, ze to pomylka i obok podjedzie nasz, lepszy. Dzieje sie tak po kolejnych 10 minutach. Faktycznie, nasz autobus jest super, jeden z tych, ktore obsluguja przejazdy miedzynarodowe – prawie lezace fotele z ogromna iloscia miejsca na nogi, wysuwane podnozki, ekrany LCD opuszczane z sufitu, mieciutkie zawieszenie, ktore przyjemnie kolysze (a nie jak w poprzednich, podmiejskich autobusach, powodujace obluzowywanie plomb), po prostu luksus, od ktorego zdazylismy juz odwyknac. Przed nami 4 godzinki milej jazdy w drugim rzedzie siedzen.

W polowie drogi mily nastroj na chwilke przerwala mi spadajaca na glowe walizeczka jakiegos pana przede mna, ale nic to, zlapalem ja z kocia zwinnoscia podpierajac bolesnie glowa i wygniajac palec po czym znowu zatopilem sie w wyswietlanym filmie.

O 22 z minutami, dokladnie po 3 godzinach i 40 minutach z zegarkiem w reku, kierowca zaczyna hamowac… nic dziwnego, normalna sprawa, ale od tego momentu rzeczy zaczynaja dziac sie w ulamkach sekund. Kobieta siedzaca obok nas, ktora na chwilke wstala do corki, nagle traci grunt pod nogami i uderza z calym impetem w drzwi za kierowca. Dziewczynka krzyczy „Mami”! Autobus gwaltownie hamuje, slychac pisk opon i czuc, ze lekko zjezdza na bok. Jest juz po zmroku, wiec nic nie widac z naszego miejsca, ale w oka-mgnieniach mysle sobie, ze pewnie znowu jakis nierozwazny kierowca cos glupiego zrobil na drodze. Zapieramy sie mocno o poprzedzajace siedzenia, a pojazd nagle w cos uderza, szura, zgrzyta, piszczy, znowu w cos uderza i w koncu stajemy. Po stronie kierowcy widac rozblysk swiatla i po chwili czuc swad. Autobus stoi i wbrew moim obawom nie koziolkowalismy, nie lezymy na boku ani nie spadlismy z drogi – ach ta fantazja… Patrze na Monie, jest troche wystraszona i oczy ma jak mlynskie kola w Kopenhadze. Uspokajamy sie i rozeznajemy sytuacje. Oszolomieni ludzie zaczynaja szarpac sie z oknami, ktore sa pozamykane na amen (na nich naklejki, zeby nie otwierac, bo dziala klimatyzacja, dobre sobie!) po czym szukaja wyjscia, bo okazuje sie, ze drzwi autobusu sa czyms zaklinowane. Kilkoro z nich chce wybic szybe i szarpie sie z mlotkami – czyz taki mlotek nie powinien dac sie wyjac w ulamku sekundy!? – ale podbiega “naganiacz” i otwiera wyjscie awaryjne (specjalne okno), przez ktore wszyscy kolejno zeskakujemy na ziemie. Uf, nie jest tak zle jak to wygladalo z wewnatrz. Na szczescie nic sie nikomu nie stalo, chociaz nie jestem pewien co do kierowcy ciezarowki, bo go nie widzielismy.


Okazuje sie, ze przed jadacy z gorki autobus wyjechala mala ciezarowka (ciut wieksza od Zuka), ktora chciala przeciac droge i autobus zmuszony byl gwaltownie hamowac – jak pozniej policzylem – na odcinku 40m. Po uderzeniu strona pasazera (stad tez zaklinowane drzwi) autobus ciagnal ciezarowke jeszcze przez dobre 15m zjezdzajac na bok drogi, gdzie ta uderzyla w wielki glaz (stal z 15m przed domem; pewnie wlasciciel obawial sie wlasnie takiej sytuacji, a moze juz kiedys podobne zdarznie mialo tu miejsce, bo wczesniej na drodze stal znak mowiacy o tym, ze zycie jest bezcenne i zeby uwazac etc.). Rownoczesnie gdy ciezarowka uderzyla w glaz my scielismy slup wysokiego napiecia, ktory na szczescie sie nie przewrocil – stad tez fajerwerki i swad. Co tu duzo mowic, mielismy tak duzo szczescia.
Po ochlonieciu, zabralismy bagaze z autobusu i stoimy w oczekiwaniu co dalej. Przyjechala policja i grupa strazacka, ktora zabrala kogos bardziej poszkodowanego. Pytam “naganiacza” co dalej, na co odpowiada, ze czekamy na inny autobus. W miedzyczasie pojawiaja sie kolejni gapie i pickupy chetne podwiezc poszkodowanych do miasta – Cuenca o 15-20min od nas – niestety za pieniadze. Po jakims czasie, gdy zdazylismy sie juz lekko wyziebic (w gorach bylo naprawde chlodno ale zalozylismy „merynosy”) podjechal kolejny autobus i pojechalismy do miasta. Uf. Co za emocje. Ale wszystko dobrze sie skonczylo. To nie Cud nad nami czuwal tylko Bog, smiejcie sie jesli chcecie, ale innego wytlumaczenia nie ma.
Kolo godziny 23.15, na dosc ladnie utrzymanym dworcu, wzielismy taksowke i podjechalismy do wybranego z przewodnika hoteliku. Niestety nie bylo miejsc, wiec poszlismy na przeciwko – to samo. Dwie przecznice w prawo, niestety brak, dwie w lewo, tez nic. Brak, brak, brak… W jednym hoteliku facet mial pojedyncze miejsce, ale musielibysmy sie wyniesc o 7.00 rano, pff. Co jest do choinki?! Pierwszy raz problem z hotelem.W koncu przeszlismy jeszcze dwie ulice i trafilismy na wolne miejsce w hotelu Santa Ana –pomijajac Quito – najdrozszy hotel na naszej trasie ($26 ze sniadaniem na 2 os). Byla juz polnoc, wiec nie mielismy ani wyboru ani ochoty wydziwiac – chociaz kilka minut probowalem dogadac sie z hotelarzem, ze chcemy okno na dwor a nie na korytarz :-) Niby zrozumial ale zaprowadzil nas do pokoiku… blizniaczo podobnego tylko pietro nizej. Ok, nie mialem juz sily z nim gadac, wiec wzielismy co bylo. Pokoj zreszta bardzo ladny i dobrze utrzymany plus bardzo dobre sniadanie.
I co najciekawsze znowu o numerze 301, tak samo jak w Guayaquil (wczesniej od poczatku podrozy trafialy nam sie kilk razy numery 11 – czy to cos znaczy?)Zobaczymy co przyniesie nam jutro w tym pieknym miasteczku. Na razie zmeczeni odplywamy… dobrej nocy wszystkim :-)