New York, New York…

Kiedy 9 miesiecy temu zegnalismy sie z fascynujacym Nowym Jorkiem, nie sadzilismy, ze tak szybko wrocimy do tej metropolii…A jednak zycie jest nieprzewidywalne.Nie zdazylismy wtedy zwiedzic Muzeum Metropolitan, stwierdzilismy wtedy: „No coz, nastepnym razem…”. Okazja zdarzyla sie szybciej niz przypuszczalismy. Lot samolotem do Monachium i dalej do Nowego Jorku minal nam szybko i przyjemnie, a to to dzieki sympatycznej i profesjonalnej obsludze linii Luthansa. W trans podrozy wprawila mnie ksiazka „El Dorado.Polowanie na legende” Palkiewicza, wprowadzajaca w klimaty podrozy po Ameryce Poludniowej. W zanadrzu mamy jeszce kieszonkowe wydanie Beaty Pawlikowskiej „Blondyka spiewa w Ukajali”. Niech inpiracja sie budzi, jestesmy tak strasznie ciekawi swiata, a zwlaszcza tej jego czesci, do ktorej wyruszamy…

W Nowym Jorku zwiedzilismy buddyjska swiatyie zen, gdzie trafilismy akurat na zakonczenie letniego „obozu” mnichow. Usmiechy, podziekowania, przemowienia i mnostwo dobrej energii, a wszystko to w towarzystwie tysiaca malych figurek Buddy. Zreszta caly dzien toczyl sie dziwnym zbiegiem okolicznosci wokol „bogow i bozkow buddyjskich”, bo na lunch trafilismy do chiskiej restauracji, a w Muzeum Metropolitan zdazylismy zwiedzic tylko czesc azjatycka i kawalek ekspozycji egipskiej. Norbi byl niepocieszony brakiem samurajskich mieczy… Do Muzeum wpadlismy na godzine przed zamknieciem, wiec kasowali „co laska” – jest to na pewno dobry sposob na tanie zwiedzanie, nawet za $1. Pozniej pospacerowalismy po Central Parku, odetchnelismy klimatem Manhattanu i podazylismy na nocleg do „Marriotta” pod NYC. Jutro czeka nas lot do Miami, a dalej do San Jose w Kostaryce.