Prawie jak najciekawszy targ w Ekwadorze i petla Quilotoa

Saquisili… wg. naszego przewodnika to najciekawszy targ w Ekwadorze. Tak sie zastanawiam, bo co czytamy o jakims targu to jest albo najwiekszy (jak Otavalo, gdzie zjezdza sie w soboty 70 okolicznych wiosek) albo jakis inny NAJ. Ten ma byc najbardziej interesujacy. My czytajac takie zdanie w przewodniku rozumiemy przez to, ze jest tu najwiecej rzeczy do kupienia i sa one najbardziej ciekawe, oryginalne. Zobaczmy…

Wchodzimy na targ i oczom naszym ukazuje sie… targ. W zasadzie nic powalajacego, a juz na pewno nie po odwiedzeniu wczesniej ogromnego targu w Otavalo. Najciekawszy to moze i on jest, ale nie pod wzgledem „zakupnosci”. Ot, sklada sie po prostu ze wszystkiego po trochu. Na poczatek idzie drob i inne zwierzaki, pozniej wory wypelnione nasionami wszelkiej masci (a w zasadzie najczesciej jasne, biale i kremowe). Za worami jest garkuchnia. Dosc duza. Ludzie siedza i jedza, zarcie smarzy sie na prowizorycznych grillach – jest klimacik :-) Za garkuchnia kawal targu wypelniaja owoce (nadmiar bananow – szukalismy tych najmniejszych, najsmaczniejszych ale na prozno). No i wreszczie na samym koniuszku, to co interesuje nas najbardziej – poncza, torby, ozdoby na reke, noge, uszy, szyje i inne :-) Ale niestety widzielismy juz to wszystko wczesniej we wsponianym Otavalo, a jeszcze wczeniej na targu w Quito. Ciut zawiedzeni blakamy sie, snujac znudzonymi oczami za czyms nowym i oryginalnym, niestety na prozno.

Ale nic to, w koncu dzisiejszy plan zaklada tez petle Quilotoa z przepiekna laguna. Lapiemy autobus spowrotem do Latacungi a stad do wioski Zumbuhua. Wysiadamy po 2 godzinach uciazliwej jazdy w gorach kretymi serpentynami i od razu dopada nas chlopaczek, ktory proponuje, ze za $8 zawiezie nas na lagune (w jedna strone; 14km). O nie nie kochany, takie numery to nie z nami. Schodzimy do wioski rozeznac inne warunki dowozu. I okazuje sie, ze mielismy racje – po krotkiej negocjcji inne chlopak zawiezie nas na lagune, poczeka tam godzinke i podrzuci spowrotem za $7. Poprzedni mial tylko nas zawiezc TAM. Jadac samochodem przygladamy sie innym niz dotychczas krajobrazom – alez Ci ludzie wysoko pracuja, poletka uprawne sa nawet na szczytach pokaznych gorek i to bardzo stromych. Jadac tak przez wioski poznajemy tez klimaty blizsze codziennosci, np. kobiety z wielkimi snopami siana na plecach. Zblizajac sie do laguny troche sie zaczynamy martwic. Niestety na tej wysokosci szczyty wzniesien pokryte sa chmurami, co nie wrozy dobrze widokowi na lagune. Podjezdzamy do „bramki” wjazdowej i podchodzi do nas maly chlopaczek, lat 13, i prosi o $2 za wjazd. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem i wdajemy sie w mala dyskusje z nim o tym, ze przeciez nie jest urzednikiem, ze bramka jest zamknieta (ciezki lancuch i zamknieta budka), ze jest chyba za maly na kasowanie, nawet probujemy go przekonac, ze jestemy „nacionales” (krajowcy) a nie „turistas extranjeros” (zagranicznymi turystami) bo dla tych pierwszych byla znizka. Wszystko na nic. Chlopiec powtarza z uporem godnym lepszej sprawy, ze jestesmy turysty i mamy placic po dolarze. No nic, w perspektywie lancucha placimy najmlodszemu z urzednikow i wjezdzamy nad lagune.

Znad krawedzi urwiska widac przepiekne… chmury. Postanawiamy zejsc troche nizej. moze pokrywa sie konczy niedaleko. Mamy szczescie – po 200m wiatr chwilami rozwiewa chumry ukazujac wielkie jezioro wsrod szczytow. Niestety nie jest to lazu, bo slonce nie przebija sie przez wyzsza warstwe chmur, ale i tak jest swietnie. Znowu szczescie, ze cos zobaczylismy – jak na Cotopaxi!

Po godzince wracamy do wioski i rzutem na tasme lapiemy autobus (naprawde czuwa nad nami Opatrznosc, bo to juz nie pierwszy raz na cos zdarzamy, albo cos widzimy mimo kiepskich warunkow). W Latacundze biegniemy do hostelu po nasze plecaki, jemy almuerzos (lunch za $1-1.5) w rytmie turbo, wychodzimy na Panamericane (bo na niej najlatwiej zlapac pozno jakis autobus; nie zawsze w porzadanym kierunku) i kolejny raz – no musze to napisac – pod czujnym okiem Opatrznosci lapiemy OSTATNI autobus do Banos. Tu wielka intuicja wykazala sie Monia, bo gdy o 21.00 (to na prawde bardzo pozno w Ameryce Poludniowej; ciemno robi sie o 18.00 a o 20.00 zamyka sie ostatnie sklepy w mniejszych miastach – czyli w wiekszosci ;-)) podjechal autobus do Ambato (Banos lezy za Ambato) to ja chcialem poczekac na prawdopodobnie ostatni autobus bezposrednio do Banos (jakis facet na ulicy nam powiedzial, ze bedzie taki o 21.20), a Monia chciala jechac tym. Bardzo dobrze zrobilismy, bo po dojezdze do Ambato zlapalismy znowu OSTATNI z OSTATNICH autobusow do Banos, ktory tylko przejezdzal przez Ambato o 22.00. Uf,  szczescie! W tymze autobusie stala sie rzecz niesamowita. Oto najpierw dosiadl sie do nas „el mariachi”, czyli taki elegancki spiewak z gitara, a nastepnie dal swoj popis na srodku autobusu, w ramach propagowania kultury wyzszej, pewien poeta, ktory pozniej w podziece za nasz aplauz dal nam podpisane przez siebie wiersze. To wlasnie on pomogl nam zlapac ten ostatni autobus do Banos. Po dojechaniu na miejsce, okolo 23.30 idac przez PUSTE (doslownie!) uliczki miasteczka, przechodzac kolo Hotelu (no dobra, hoteliczku) Casa Blanca skorzystalismy z noclegu. Nie to zebysmy byli zmeczeni.. my po porstu bylismy zmiazdzeni! :-)

Nazajutrz zjedlismy tu jedno z najlepszych desayunos (sniadanie) do tej pory. Takie sniadanie kosztuje w Ekwadorze najczesciej $1.5 i sklada sie z jajecznicy (lub omletu – tortilla), bulki z serem na cieplo, kubka mleka, z ktorego mozna sobie zrobic kawe (nawet z czekolada) i swiezego soku zrobionego z miksowanych na biezaco owocow. Czasem bonusem jest marmolada :-)

Jutro ruszamy na zrodla termalne tu w Banos! Odpoczynek!