Dzis pozegnanie z Peru…

Pobudka przed 7.00, zeby zjesc smacznego, grubego nalesnika z marmolada truskawkowa przygotowanego przez corke naszych gospodarzy. Mniam, chyba czytala we wczorajszych myslach Moni :-)

O 7.30 wyplywamy z Amantani w kierynku kolejnej wysepki Taquile. Poczatkowo plyniemy sami z dwoma sternikami, ktorzy pelnia tez funkcje kapitanow (nawet maja na to papiery :-)) Po 15 minutach zawijamy do kolejnego porciku na Amantani, zeby zabrac 12 osob z innej „wycieczki”. Nie jest zle, moglo byc to 21 osob :-) Droga zajmuje nam przeszlo godzine i ladujemy w malym porciku na Taquile. Stad mamy 40min pod gore do glownego targu w pueblo. Powoli mam juz dosc wspinaczki (wysokosc tylko 3800 mnpm), ale widze, ze nabieramy nowych wlasciwosci psycho-fizycznych – w pewnym momencie z bocznej uliczki wszedl przed nas miejscowy mlody „chlop” i o maly wlos go nie wyprzedzilismy (tak jak wszystkich francuskich turtystow po drodze), ale uznalismy, ze bylby to wstyd i zwolnilismy do jego tempa (tez niemale).

Po kilku mniejszych chwilach weszlismy na glowny plac, z ktorego rozlega sie ladny widok na cale pueblo. Pokrzatalismy sie troche, weszlismy do kosciola, do miejscowego sklepu spoldzielczego, gdzie nie chcieli nam opuscic ani centa i poszlismy na sam szczyt wzniesienia (znowu!), zeby obejrzec inkaskie ruiny. Szczerze powiedziawszy, po Machu Picchu zadne (prawie) ruiny nie robia az takiego wrazenia. „Po Machu Picchu swiat nie jest juz taki sam” :-) No ale do rzeczy. Ruiny, tak jak myslalem, male i… tyle. W zwiazku z tym, ze na Taquile mamy 3 godzinki czasu musimy udac sie juz w droge powrotna do puerto principal, skad odchodzi nasza barka. Po drodze widzimy na granatowej tafli bezmiaru Jeziora male, biale punkciki – to kolejni przybywajacy z Puno turysci – chyba z 15-20 lodzi. Uciekamy! :-) Chcielismy zjesc tu jeszcze polecana przez przewodnik piranie, ale anie nie mielismy juz czasu, ani piranie nie sa juz serwowane. Znowu te stare informacje!

Z portu wyplywamy w strone Puno punktualnie o 12.00, a podroz zajmie nam 3 godzinki – o ile nasza barka wczesniej nie dokona zywota, bo tak sie troche zapowiadalo :-)

Ruszamy w dalszą drogę

Rejs monotonny.. bylby gdyby nie bylo to Titicaca! Wspolpasazerowie cisi i mili, widoki piekne, barka terkoce i od czasu do czasu lekko sie dlawi, za to kapitan (dzielny, maly dziadek) daje rade przez caly czas bez lisci coca, twardziel! :-) Tuz przed przyplynieciem do portu silnik gasnie, a jeden z kapitanow cos odkreca, wlewa dwie nakretki ropy i plyniemy dalej w rytm wystukiwany przez stary, widlasty, 8-cylindrowy silnik Forda. Przepieknie!

Sternicy i kapitanowie na Titicaca

Po wyprawie jeszcze tylko pyszna rybka na przystani, zerkniecie na targ i jazda rowerem na plac glowny. Na podwiezienie nagabywal nas mlody chlopak, ale juz w polowie drogi zrobilo nam sie strasznie zal, bo cos sapal strasznie i do konca siedzielsmy juz jak na szpilkach trzymajac kciuki za jego powodzenie :-) Zaplacilismy mu wiecej niz chcial – w koncu sie napracowal :-)

Dowiedzielismy sie tez, ze granica z Boliwia jest zamykana (?!) juz o 18.00 lokalnego czasu, wiec dzis noc spedzamy znowu w hosteliku Margarita, bo zaden autobus juz nie kursuje – a to tylko niecale 3 godziny jazdy. Moze to i dobrze, bo przyda nam sie goraca kapiel!

Dzis nasza ostatnia noc w Peru! Do zobaczenia „kiedys tam”!