Galapagos dla biedakow i polska formacja „ksiezy_cowa”

Tak jak sie umowilismy w recepcjonista z hoteliku, 6:30 pukanie do drzwi… Dzis sie nie wyspalem, ale skoro czekaja wyspy Ballestas to trzeba dac rade. Wstaje (zieeeeeeeew)…

Recepcjonista dzwoni w moim imieniu do agencji Zarcillo Connections, ale nikt nie odbiera telefonu. To juz nie pierwszy raz kiedy starszawe wydanie Pascala (2004) okazuje sie nieaktualne. W pewnym momencie czekamy juz na innego agenta i w tym czasie szybkie sniadanie, gdzie rozmawiam z mila kobietka o wykupionej przez nia wycieczce na wyspy. Wybrala polecana przez Lonely Planet firme Paracas Overland , wiec i my sie nad nia zastanowilismy. Po sniadaniu wpada agent Overlanda i mila pani wraz z mezem w pospiechu pakuja sie do busa. Pytam faceta, czy jest miejsce na wyspy – nie, ale wezmie nas za darmo z Pisco do Paracas, gdzie jest duzo agencji i moze cos trafimy (jest juz dosc pozno na wybory – 7:30). Agent myslal, ze jestem sam i jak zobaczyl Monie to lekko zwatpil co do miejsca w busie.. Po czym zobaczyl nasze plecaki :-) Ale czy Latynos nie da rady czegos zrobic?  A gdzie tam – siadamy „na silniku”, na podescie tuz kolo galki biegow :-) Z tego wszystkiego zapomnialem oddac klucz w hotelu.

W drodze facet wola mnie i pokazuje podniesiony do gory kciuk. Troche nie wiem o co mu chodzi, o to ze fajna droga czy, ze jest „spoko”? Ale zaraz do wizji dolacza fonie i informuje nas po hiszpansku, ze sa dwa miejsca na lodzi po czym po angielsku zaczyna zachwalac ta lodz (towarzystwo w busie miedzynarodowe). W koncu dojezdzamy, kupujemy od mlodego chlopaczka dwa bilety na „speed boat” wyposazona w dwa potezne silniki Mercury (inne, normalne lodki plyna na wyspy godzine, my – 20 minut). W miedzyczasie pytam go o rezerwacje hoteliku w Paracas, na co podaje mi swoja komorke i mowi, ze moge zadzwonic. Dzwonie, mila pani wypytuje mnie o szczegoly, po czym pyta czy moge zadzwonic za pol godziny i potwierdzic nocleg. Dziwie sie i mowie, ze nie moge bo wlasnie plyne na wyspy a poza tym to nie moj telefon. Babka jak to uslyszala od razu sie rozlaczyla. Mowie o tym chlopakowi, na co wzrusza ramionami (wczesniej nie chcial z nia gadac) i mowi, ze pozniej zadzwoni. MUSI byc w tym jakis haczyk, bo czesto na ulicach chodza ludzie i proponuja rozmowy – krajowe, miedzynarodowe – podejrzewam, ze wtedy placi takiemu abonentowi komorki odbiorca i to pewnie za polaczenie przez Baleary (choc w tym przypadku moze przez Uzbekistan) :-)

Wyspy Ballestas sa oczywiscie piekne, ale tak jak to juz gdzies napisali to faktycznie „Galapagos dla ubogich”. Skaly obsadzone przez niezliczone chmary ptakow, ktorych jedynym zajeciem jest produkcja guano – ptasich odchodow, ktore do czasu wprowadzenia nawozow sztucznych byly bardzo cennym surowcem eksportowym! Oczywiscie ptaszki produkuja guano zarowno na skaly jak i na turystow (dostalem w noge, ale za to moja sasiadka w glowe). Poza ptakami sa tez lwy morskie i pingwiny. Ladnie, szkoda tylko, ze nie mozna zejsc na lad – obserwujemy z lodzi.

Po powrocie zastanawiajac sie nad dalszymi planami zaczepia nas bardzo mily ksiadz (jak sie po chwili okazuje). Ksiadz Ryszard mieszka w Arequipie i w tej chwili byl akurat przewodnikiem po Peru dla iscie sympatycznej mieszanki Polakow, ktorych losy rzucily do roznych krajow (USA, Kanada, Niemcy). Po krotkiej, ale bardzo milej pogawedce okazuje sie, ze jeden pan jest goralem, a dwoch ksiezy jest po seminarium salezjanskim w Oswiecimiu… po prostu wesolo :-) Ksiadz Ryszard proponuje nam wspolna podroz do Nazca i Arequipy, niestety mamy na dzis i jutro inne plany. Ale na pewno spotkamy sie w Arequipie i razem pojedziemy do Kanionu Colca.

W koncu decydujemy sie na wycieczke po okolicznej reserva grande, ktora tym rozni sie od parku narodowego, ze mozna z niej czerpac mineraly. Ciekawostka jest to, ze droga prowadzaca miedzy wydmami jest zbudowana z soli (normalnej, kamiennej soli) a pustynia ma kolor czerwonawy (utlenione zwiazki zelaza). Jest to ponoc najbardziej suche miejsce na ziemi, ale tak sie zastanawiam nad Dolina Smierci w Nevadzie… musze zbadac temat.

Tak jezdzac i zwiedzajac kolejne diuny i to co miedzy nimi, dowiadujemy sie, ze jest to miejsce odpoczynku migrujacych ptakow (ktore dla dobrego zdjecia zdarzylo nam sie troszke pogonic :-)) a takze reprodukcji flamingow. Tych ostatnich nie widzielismy. Za to az nadto pelikanow. Na jednym z przystankow urzadzilismy sobie piknik w jednej z rybackich lodek, oslonieci od smagajacego wiatru, ktory trwa tu 3 dni, z czego trzeci jest najgorszy (trafilismy na pierwszy). Tu kolejne spotkanie 2 stopnia z guanem – wyobrazcie sobie, 3 lodki.. w kazdej po 3 lawki.. my w jednej z lodek zajmujemy dwie z nich, a guano spada na lawke tuz obok mnie – jakie byly szanse, ze tak sie stalo?! Te perfidne ptaszyska po prostu celuja w ludzi :-)

Ogolnie bardzo udany dzien i w koncu SLONCE! Caly, okraglutki dzien slonce! :-) W Limie zamiast slonca byla narzucona na miasto szara plachta… calymi dniami (nawet satelicie nie udalo sie zlapac miasta bez chmur, sprawdzcie jak wyglada Lima na mapach www.earth.google.com).

Po pustynnych peregrynacjach jeszcze tylko kawka w Pisco (udalo mi sie oddac klucz hotelowy) i w droge do Ica. Tu, jutro od rana, mamy zamiar zobaczyc pustynna oaze w Huacachina, a po poludniu pojechac bezposrednio do Nazca.

Jak zawsze pozdrowienia i usciski! My tez o Was myslimy!