Machu Picchu, czyli Stara Gora!

Nie ma lekko, dzis pobudka znowu o 4.30… koniec swiata i pol ameryki, ale co zrobic. Zeby zobaczyc Machu (MP) z jak najmniejsza iloscia turystow, a co najwazniejsze, zeby w ogole wejsc na Wayna Picchu (Mlodziencza Gora; WP) trzeba wstac jeszcze przed switem. MP otwieraja o 6.00 a WP o 7.00, ale na to drugie kolejka jest jak tylko sie wejdzie na teren MP. Wayna to ten ciut wyzszy szczyt nad ciudad perdido (zaginionym miastem), ktore widac na zdjeciach. Podobnie jak na Wyspy Galapagos, moze tam wejsc tylko okreslona ilosc osob (okreslona przez UNESCO), w tym przypadku 400. Na cale MP moze wejsc okolo 1000, wiec kto pierwszy ten lepszy. A pierwszy jest ten, kto wstanie skoro swit i stanie przed bramka Machu Picchu juz przed 6.00, a pozniej od razu praiwe pobiegnie (doslownie) przez cale miasto do bramki wejsciowej na WP.

Ale wracajac do naszej pobudki. Oczywiscie wczoraj nie zdazylismy (nie pomyslelismy wrecz) kupic sniadania, wiec placimy teraz „frycowe” u babeczek krecacych sie raniutko miedzy zaspanymi turystami, ktorzy stoja w kolejce po bilety autobusowe na MP. Kupujemy od nich wode i bulki (przeplacajac okrutnie, ale na gorze jest jeszcze drozej) i… idziemy na szczyt pieszo! A jak! Co to za zwiedzenie Machu Picchu wjezdzajac na gore autobusem :-) Oczywiscie, jesli ktos tak zrobil, to spoko, nie gniewamy sie :-))))

Nadal jest ciemno, swit tutaj zaczyna sie okolo 5.30. Zaczynamy wczolgiwac sie o 5.10 i po okolo 50 minutach jestesmy na gorze (Spokojnym tempm bedzie okolo 1g15m). W polowie drogi slyszelismy juz wjezdzajace autobusy – ale to wkurzajace :-) Przed bramka wejsciowa jest juz maly tlumek, ale liczymy na to, ze nie kazdy idzie od razu pod Wayna Picchu. Wchodzimy za bramke i truchtamy delikatnie (taki szybki krok :-)) pod WP. Po drodze na chwilke gubi sie Monia, bo gdzies inaczej obje skrecilismy wsrod labiryntu kamiennych murow. Po chwili Monisiak sie odnajduje i dochodzimy pod bramke Wayna. Hm, jest juz troche ludzi, ale na oko oceniam grupe na okolo 200 osob, dobra nasza! Dojscie od bramki MP do bramki WP zajmuje jakies 10-15 minut – oczywiscie dla tych co sie nie zgubili :-P Po okolo 40 minutach wejscie do Wayna staje otworem. Nie znaczy t bynajmniej, ze juz mozna wbiec na szczyt. Kazdy najpierw musi odnotowac swoje wejscie w zeszycie (nazwisko, wiek, narodowosc, godzina wejscia), pozniej dostac numerek (zeby wiedzieli czy wrocil czy zachcialo mu sie zanocowac na szczycie) i dopiero teraz mozna rozpoczac 40 minutowe, zmudne bo strome, wejscie na szczyt „Mlodzienca”. Naprawde warto to zrobic bo widoki sa niesamowite. Wokol szczyty i szczyciki kryjace sie jeszcze w porannej mgle, widok na zaginoine miasto jak na dloni, na Swieta Doline, na rzeke Urubambe, na pokryte sniegiem szczyty lodowca Victoria… Oj warto bylo wstac z ta pierwsza grupa zapalencow :-)

Zejscie jest rownie trudnawe – to wszystko przez ta stromizne. Po drodze dochodzimy na druga strone szczytu, do Wielkiej Groty, gdzie sa pozostalosci ukrytej swiatyni ksiezyca. Schodzac widzimy jak coraz wiecej i wiecej ludzi wchodzi na teren Machu Picchu… jaka szkoda, no ale przeciez kazdy chce zobaczyc to miejsce zaliczane do 7. nowych cudow swiata (www.n7w.com, Wielki Mur, piramida Chichen Itza, Chrystus w Rio, Taj Machal, Koloseum, Petra). Na razie slonce wzeszlo juz dosc wysoko, wiec odwiedzajac kilka miejsc po drodze szukamy gdzies ustronnego, zacienionego miejsca pod jednym z kamiennych murow. Robimy sobie tam 2 godzinna sjeste (Zaginione Miasto zamykaja dopiero o 17.30)

Po pobudce obchodzimy wszystkie wazniejsze miejsca – jest jeszcze wiecej turystow. Jesli chce sie zobaczyc Machu Picchu z jak najmniejsza iloscia ludzi koniecznie trzeba tu byc przed 8.00 rano. Pozniej wchodzi coraz wiecej grup zorganizowanych i to najbardziej psuje widok. Ale nawet mimo takiej ilosci ludzi wrazenia sa niezapomniane! Odwiedzamy Swiatyne Kondora, Grob Wladcy (nie znaleziono tam mumii), tarasy uprawne, dom straznika Kamienia Pogrzebowego, obserwatorium astronomiczne Intihuatana. To ostatenie to bardzo znany i chyba najwazniejszy kamien w calym miescie. Na jego podstawie Inkowie wyznaczali najwazniejsze dni, strony swiata, pory skladania ofiar – jednym slowem kalendarz inkaski. Z samym kamieniem wiaze sie tez swiatowy skandal, kiedy to ekipa filmowa krecila tutaj reklame piwa Cuscena (takie sobie). Podczas jednego z ujec na kamien spadl zuraw z kamera, co poskutkowalo jego ukruszeniem i peknieciem. Nawet nie chce myslec jakie odszkodowanie musiala (nadal musi?) zaplacic firma… Ale przede wszystkim kamien – tyle setek lat w dobrym stanie, a tu taki zgrzyt…

Nie chcac solidnie przeplacac w barze przed wejsciem do MP (mozna wchodzic i wychodzic z terenu miasta) trzeba koniecznie zabrac okolo 1l wody na czlowieka (o ile nie z 1.5l) – na gorze woda jest bardzo droga i sprzedawaa w szklanych, jednorazowych butelkach 0,3l – po otwarciu trzeba wypic calosc). To samo z jedzeniem – lepiej zabrac „z dolu”.

Na Machu spedzilismy… 11 godzin! Oczywiscie wlaczajac w to wdrapanie sie na Wayna Picchu, sjeste i cale zwiedzanie. Po powrocie – tez na pieszke (okolo 40 minut) – bylismy tak wyczerpani, ze nawet nie zauwazylismy trzesienia ziemi. W pewnym momencie dwojka turystow wybiega z naszej knajpki (bylismy na kolacji), a ja myslalem, ze im cos nie smakowalo i robia awanture. Zaraz podchodzi do nas szef knajpki (i naszego hoteliku) i pyta czy czulismy trzesienie ziemi… nasz hiszpanski nie jest az tak dobry, wiec go w ogole nie zrozumialemk, ale po kilku chwilach tlumaczenia i gestykulacji cos do nasz doszlo… No niezle! Za jakis czas pozniej posypalo sie kilka sms od Was czy u nas wszystko w porzadku, a potem widzielismy kilka migawek w telewizji. Niesamowita sprawa. W Ica, tam gdzie bylo epicentrum bylismy dwa tygodnie temu… To wcale nie jest tak daleko.

Po kolacji, jeszcze nie swiadomi skali tragedii, poszlismy jeszcze na lody z owocami i czekolada w pucharku. Zamawiamy i czekamy. Starszawa pani wybiega z knajpki i po chwili wraca skrzetnie ukrywajac cos pod serwetka. Nie z nami te numery! Akurat jestesmy tu wyczuleni na wszelkie machlojki i to nam tez wyostrzylo wzrok – pod serwetkami mignely mi lody… w wafelkach! Ide do babki i mowie jej, ze nie chcemy lodow od „babki z ulicy” (wczesniej widzielismy taka pania sprzedajaca lody wlasnego wyrobu na ulicy z pojemnika). Kiedy podszedlem schowala lody pod lade i patrzy na mnie wielkimi oczami, a ja na nia :-) Ale zaraz wytlumaczyla nam, ze to nie sa od tamtej lodziarki tylko z dobrej firmy (d´onofrio). No wszystko fajnie, ale to lody nadal z „budki” obok knajpki :-)))) Ale sciemniacze! :-)

Pozniej jeszcze tylko poprawiny podwieczorku w knajpce z tancami i spac… jak blogo! Nawet nie mielismy sily isc na zrodla termalne. Od razu padlismy jak kawki…. dobrej nocy!