W Limie – Miescie Krolow…

Lima jest…mglista, spowita gaszczem chmur, ciemna miejska dzungla… O slonecznych porankach nie ma co tutaj marzyc. I tak nas wlasnie powitala wczoraj stolica Peru – lekkim chlodem i wiatrem oraz zakrytym chmurami niebem.

Jak pisalismy wczesniej trafilismy do bardzo przyjaznego hostelu prowadzonego przez wyluzowanego goscia i jego atrakcyjna zone. Domowa atmosfera, krzatanina ich czworki malych dzieci, dostep do kuchni, internetu, a do tego calkiem ladny pokoj (chociaz okna nie byly w nim szczelne). Pogoda wczoraj byla troche barowa i zastanawialismy sie nad tym czy w ogole wyruszyc na miasto. Tym bardziej, ze znowu szarpaly mna dolegliwosci jelitowe (ach, te skurcze…), ale zmobilizowalismy sie – ciekawosc wygrala!  Posnulismy sie troche po klifowym wybrzezu w naszej dzielnicy Miraflores (to dosyc eksluzywna dzielnica Limy, z eleganckimi restauracjami, kawiarniami i centrami handlowymi) i utknelismy na dluzszy moment w miejscu okupowanym przez paralotniarzy. Przypomnialy mi sie niezapomniane chwile, jakie przezylam podczas kursu w Miedzybrodziu Zywieckim! Znowu tak wzbic sie w powietrze, oderwac od ziemi (fizycznie, bo mentalnie ciagle latam i w snach rowniez;-) I to w takim miejscu, nad wybrzezem w Limie… Rozmarzylam sie mocno, ale i Norbi tez (jak ja go za ta pasje kocham!). Chyba zlapal bakcyla… Fajnie byloby tak pobujac sie nad ziemia w tandemie… Kolejny plan do zrealizowania. Jesli bedzie taka mozliwosc, to rysunki na plaskowyzu Nazca zobaczymy oczywiscie z lotu ptaka – z motolotni. 

Przy okazji w dzielnicy Miraflores szukalismy malych spiworkow, bo nie zdazylismy ich kupic przed wyprawa. Sadzilismy tez, ze moze uda nam sie w nie zaopatrzyc w Nowym Jorku, ale niestety mielismy na to zbyt malo czasu. Niestety nie spotkallismy w Limie w sklepach „specjalistycznych” interesujacych nas gabarytowo „bolsas (sacos) para dormir”. A w Boliwii i Chile bedzie zimno…brrr…No nic, bedziemy najwyzej nocowac w hostelach ze szczelnymi oknami i ewentualnie prosic o dodatkowe koce.

Dzisiaj okolo poludnia zrobilismy check out z milego hostelu i taksowka pojechalismy do polecanej nam polskiej agencji podrozy „Incatrotter” prowdzonej przez p. Marie Kralewska. Bardzo milo zostalismy powitani przez Monike Przybylska, ktora udzielila nam bardzo waznych dla nas wskazowek w podrozy po Peru (za co bardzo serdecznie dziekujemy!:-) Zostawilismy w agencji caly nasz dobytek i pojechalismy do scislego centrum Limy. Najpierw przespacerowalismy sie z Plaza San Martin deptakiem Jiron de la Union do Plaza de Armas – glownego placu w Limie, przy ktorym znajduje sie palac prezydencki i imponujaca katedra z 1746r. Poswiecilismy godzine na zwiedzenie jej wnetrza i znajdujacego sie tam rowniez muzeum (10 soli/os.) Warto bylo zobaczyc zdobiona mozaikami kaplice z sarkofagiem Francisca Pizarra – zalozyciela i wyzwoliciela Limy, misternie rzezbione oltarze, obrazy barokowe…Kropla kultury i mistycyzmu w naszej podrozy, skok w glebiny, o ktore naprawde trudno w Ameryce Poludniowej. Potrzeby kulturalne sa tutaj znikomo zaspakajane. Religijne owszem – bardzo gorliwie. A propos tego tematu znowu zaskoczyla mnie tutaj estetyka religijna. W kosciele przy klasztorze sw. Franciszka (Monasterio de San Francisco) spotkalam sie juz nie nawet z porcelanowa lalka jako wyobrazeniem Maryi Dziewicy (chociaz, owszem rowniez byla – strojnych szatach, nieziemsko piekna niczym lalka Barbie,lecz z czarnymi wlosami), ale wprost z dziecieca lalka wlozona do wyscielonego pieknie zdobiona serweta gniazdka! Za kazdym razem wchodzac do kociola nie moge sie nadziwic tym wyobrazeniom… Zwiedzilismy oczywiscie klasztor, ktorego sciany zdobia dziela Rubensa  z XVII wieku. Weszlismy tez do podziemi, w ktorych znajduja sie katakumby ze szczatkami ok. 70 tys.ludz. Zalala nas fala piszczeli i czaszek. Tysiace istnien. Zawsze w takich miejscach jestem czula na osobliwa „energie”… Tym razem mnie troche przytloczyla, wiec dla swietego spokoju i ulgi tych wszystkich dusz zmowilam „Wieczne odpoczywanie”… I bylo w tym tez cos magicznego… Gdy wracalismy do agencji  ok. 18.00 odebrac nasze bagaze, wychodzac z taksowki Norbi o maly wlos zostawilby na tylnim siedzeniu telefon. Wlasciwie juz wyszlismy z samochodu, zamknelismy za soba drzwi, podczas gdy mnie COS TCHNELO, by odwrocic sie i zerknac na siedzenie. Bylo juz ciemno, ale swoim slabym wzrokiem zdolalam dojrzec telefon. Samochod szykowal sie do odjazdu, ale zdazylam jeszcze szybko otworzyc drzwi i porwac komorke Norbiego. Ufff…Pomyslalam, ze to pewnie opieka jakiejs biednej duszy z katakumb, ktora zaznala „ulgi” dzieki  mojemu glosowi z tego swiata…

Poza tym tak sie nam dobrze poskladal CZAS, ze zdazylismy perfekcyjnie na autobus do Pisco (nie czekalismy nawet minuty na odjazd – szybki zakup biletu i fiuuuu……dalej w podroz). Po 3 godzinach jazdy bylismy w Pisco – porcie rybackim. To nasza baza na Islas Ballestas i do Reserva Nacional de Paracas. Bylismy tak pozno, ze zmeczeni zdazylismy umowic sie z recepcjonista na poranna pobudke, zeby zadzwonic do agencji organizujacej wycieczki na wyspy.

Tymczasem adios, dobrej nocy i do jutra!