Dzień 12: Rowy > Łeba

Rankiem dobijam do grona osób chętnych na gimnastykę. Masażysta i rehabilitant – pan Piotr – wprawia wszystkich w doskonały nastrój. Sympatyczny gość i zna się na rzeczy. Czerpię przyjemność z każdego ruchu ćwicząc boso na trawie w ogrodzie, w delikatnych promieniach porannego słońca. To się nazywa dobry początek dnia. Mała jeszcze śpi przy otwartym oknie, więc na pewno usłyszę, gdy się przebudzi :-) Drzemie do 9:00… Na dzień dobry delektujemy się pysznym śniadaniem w wysmakowanej sali restauracyjnej. Pianino, obrazy, cudne wyposażenie… To pobudza mój zmysł estetyczny, uprzyjemnia każdą chwilę. Spędzamy trochę czasu na placu zabaw (w hotelu jest też specjalna sala dla dzieci). Uzupełniam też notatki, a personel jest na tyle miły, że gdy Jaśminka komunikuje, że chce do toalety, pani z recepcji na nic nie czekając przejmuje inicjatywę i odprowadza Małą. Z taką postawą to się jeszcze nigdzie nie spotkałam! Za oknem trochę się rozpadało, więc z sakwami w hallu  czekamy na dobry moment, żeby wyruszyć w drogę. Na tyle długo tu tkwimy, że o 13:00 Jaśminka zostaje jeszcze zaproszona na specjalny posiłek dla dzieci, który serwują tu zwyczajowo o tej godzinie. Super, Mała wcina zupę jarzynową, po czym z koleżanką urządzają sobie koncert na pianinie (nikt nie oponuje ;-). W końcu trochę tylko mży, więc ładujemy się na rower i mijając przy mostku rzeźbę legendarnego diabełka z Rowów wkraczamy na teren Słowińskiego Parku Narodowego. Droga jest bardzo przyjemna. Dojeżdżam do skrzyżowania, gdzie jedna z dróg prowadzi w kierunku Łeby, a druga do Czołpina, gdzie znajduje się latarnia oraz słynne ruchome wydmy. Niestety nie mam czasu, żeby jechać do Czołpina 8,5 km w jedną stronę, wracać (to już byłoby w sumie 17 km) i jechać dalej w stronę Łeby (jest dość późno, a czeka mnie pokonanie 50 km). Żałuję bardzo, ale najwidoczniej to znak, że mamy  jeszcze do Rowów wrócić i pozwiedzać naprawdę piękną okolicę. W Smołdzinie zostawiam rower przed małą stacyjką benzynową i ruszamy z Jaśminką na górę Rowokół (114,8 m n.p.m.). Mała dzielnie się wspina, przyglądamy się żuczkom i innym stworzonkom, rozmawiamy o czarownicach i leśnych skrzatach (Jaśminka to bardzo logiczny umysł, niczego się nie boi, bo wszystko łatwo sobie potrafi wytłumaczyć ;-). Na końcu wdrapuje się jeszcze na wieżę widokową. Naprawdę było warto! Widok jest wspaniały – na Smołdzino, jeziora Gardno i Łebsko oraz wybrzeże Bałtyku. Widać też ruchome wydmy. Rowokół uznawany był przez Kaszubów za świętą górę. Na przełomie XII i XIII wieku wzniesiono tu kaplicę poświęconą św. Mikołajowi – patronowi żeglarzy. Wewnątrz świątyni znajdował się słynący z cudów obraz najświętszej Marii Panny. Wieża górująca nad kaplicą pełniła rolę latarni morskiej. Wzgórze stanowiło w tamtych czasach cel licznych pielgrzymek. Do czasów Reformacji Rowokół, obok Góry Chełmskiej w Koszalinie i Św. Góry w Polanowie, był jednym z ważniejszych ośrodków kultu religijnego na Pomorzu Zachodnim, któremu kres położyło wprowadzenie na Pomorzu nauki Marcina Lutra. Z miejscem tym wiążą się liczne mity i legendy- zatopione dzwony, zbójeckie bandy, gorejące pieniądze, przerzucane głazy, skarb Bandemerów, pogrążone w ziemi zamczysko… Jest w nim na pewno coś „magnetyzującego”. Szkoda, że pogoda dzisiaj nie bardzo nam dopisuje. Najwidoczniej, jak i w przypadku Czołpina, mamy tu jeszcze wrócić… Dalej dojeżdżamy do miejscowości Kluki. W planach miałyśmy zwiedzić tu Muzeum Wsi Słowińskiej, ale jest już za późno – za minutę zamykają (czynne do 18:00). Dobrze, że wcześniej w Smołowie udało nam się zwiedzić Muzeum Kultury Ludowej Pomorza i przyjrzeć się z bliska typowemu budownictwu szkieletowemu  z charakterystycznym motywem czarnej kraty na białym tle. Kluki to z pewnością bardziej komercyjna miejscowość od Swołowa. Ale warto tutaj przyjechać! Stoją tu malownicze chałupy ryglowe kryte strzechą lub gontem. Na 10 hektarach zgromadzono w skansenie kilkanaście chałup i obór, stodoły, piece chlebowe i inne eksponaty.Podobno można tu obejrzeć np. słynne „klumpy” czyli buty dla konia ułatwiające chodzenie po otaczających wieś mokradłach.  Wpadamy jeszcze z Jaśminką na zupę do oryginalnie urządzonej Karczmy u Dargoscha, po czym kierujemy się w stronę Łeby. Już za moment czeka nas niemiła niespodzianka… Kluki z pewnością wbiją mi się w pamięć! Nie mogę uwierzyć, że EUROPEJSKA(!) trasa rowerowa od Kluk biegnie przez  mokradła! To jest jakiś koszmar!!!! Z każdym naciśnięciem na pedał rowerowy przekonuję się dobitnie, że Kluki to odcięta od świata mokradłami wioska. Czuję się jak w potrzasku! Przede mną błoto – jedno za drugim, że nie sposób przejechać przez nie na rowerze. Ba, prowadząc rower zapadam się w błocie po kostki. Masakra! Najgorsze jest to, że ta bagnista trasa ciągnie się w nieskończoność…. Nie ma innej drogi, muszę w to brnąć dalej. Łzy cisną mi się do oczu, ale muszę zmierzyć się z tym bajorem i własnymi siłami. Do tego dochodzą komary! Smaruję porządnie Małą repelentem. To zdecydowanie NAJGORSZY ODCINEK NA CAŁEJ TRASIE. Punkt kryzysowy. Nie dość, że przedzieram się co rusz przez błocko, to nie mogę nijak wsiąść na rower i jechać chociażby z prędkością 6 km/h.  Na ścieżce są takie wzniesienia i wyboje, że muszę prowadzić rower. Jest tragicznie. Siłowo momentami nie daję rady, bo przeprawa przez błoto z ok. 30 kilogramowym obciążeniem skutecznie daje mi w kość. Dodatkowo czas nagli, a nie wiem jaka będzie dalej droga. Przywołuję w marzeniach jakiegokolwiek cyklistę na tej trasie… W błocie zaznaczyło się sporo śladów po rowerach, czyli jednak ktoś tędy jeździ… W innym wypadku będą musiała się cofnąć do wioski i przenocować w Klukach. Uff, na szczęście  na skrzyżowaniu dwóch ścieżek spotykam pomocnych ludzi, którzy udzielają mi wskazówek i dodają odwagi do przemierzenia terenu Bagien Izdebskich (właśnie stamtąd wracają, więc trasa jest możliwa do przebycia). Hmmm, co innego jednak prowadzić lekki rower bez załadunku, a co innego z dzieckiem i takim obciążeniem. Tutaj niestety czeka mnie kolejna gehenna. Przeprawa przez drewniane, spróchniałe (i wywrotowe!) mostki pod bagnami. W normalnych spacerowych okolicznościach wierzę, że teren jest doprawdy piękny (malownicze brzozy, moczary), ale pod wpływem trudnej sytuacji jego urok przybiera zgoła inne barwy. Wysiłek ogromny. Marzę tylko o tym, żeby ta paskudna trasa wreszcie się skończyła. Męczę się tak przez 1,5 godziny pokonując zaledwie 4 kilometry!!! Kto wytyczył tędy europejską trasę rowerową? Nie mieści mi się to w głowie! Po błocie przyszedł jeszcze czas na piach… Oddycham z ulgą, gdy wjeżdżam na beton. Mijam przepiękną rezydencję otoczoną polem słoneczników. Dobra nasza, że ktoś tutaj mieszka. Ale to nie koniec moich trudności. Droga przed Łebą znowu daje mi wycisk. Przemieszczam się bardzo wolno, a już dopada nas zmrok. Do tego otacza nas chmara komarów. W lesie ciemnica. Prowadzę rower, bo bez przerwy trafiam na piach. Mało tego, w pobliżu dochodzą do nas odgłosy piorunów. Zaczyna padać i to mocno. Zabezpieczam przed deszczem Jaśminkę (specjalistyczne spodnie, kalosze i kurtka to podstawa; sprawdza się też peleryna Hamaxa). Mam tylko 4 km do Łeby, ale jazda idzie mi kiepsko, bo piach i błoto wdzierają mi się do błotników i blokują koła. Paskudna sprawa, czyszczenie błotników sprawia mi dużo problemu. Zwłaszcza w deszczu. Ostatecznie tylni błotnik udaje mi się odczepić i  z uczuciem ulgi jadę dalej. W oczach łzy, ale zaciskam zęby i jadę dalej. Wjeżdżam w końcu na asfaltową drogę do Łeby. Nie jest dużo lepiej, bo leje coraz bardziej. Dojeżdżam w końcu do celu w naprawdę kiepskich warunkach zupełnie późną porą. Nie tak miało być… Nie mogłam jednak przewidzieć stopnia trudności tej trasy i warunków atmosferycznych. Podjeżdżam najpierw pod Hotel Neptun (charakterystyczny zamek) usytuowany tuż przy morzu. Pytam ochroniarza o jakiegoś węża z wodą, żebym mogła oporządzić się przed wejściem do hotelu. Wskazuje mi miejsce, gdzie jest kranik. Już mi się podoba :-) Obmywam sobie zabłocone od stóp do kolan nogi. To nie czas na analizę kolejnych siniaków, ale rzuca mi się w oczy kolejny gigant – pamiątka po dzisiejszej bojowej przeprawie. Niestety w Neptunie (słyszałam, że to naprawdę fajny hotel) nie ma miejsc, podobnie jest w Bryzie. W końcu  lądujemy z Jaśminką w trzygwiazdkowym Hotelu Wodnik w Łebie  (wodnikleba.pl), bo tam znajduje się wolny pokój. Nie mam czasu na szukanie innej alternatywy, Mała już zasypia. W wysokim sezonie trudno o spontaniczny nocleg, ale do tej pory trafiałyśmy z Jaśminką pierwszorzędnie.  No cóż, najważniejsze, że mamy dach nad głową, czystą pościel i to, co najgorsze jest już daleko za nami. W takich chwilach naprawdę docenia się najprostsze rzeczy, takie chociażby jak łóżko. Spać, spać, spać… Jestem wyczerpana…