Dzień 8: Łazy > Jarosławiec

Tak się przyzwyczaiłam do pedałowania, że z radością po całym dniu przerwy wskakuję na rower. Naprawdę mi tego brakowało! Czuję się znakowicie z tym całym majdanem na bagażniku i małą pasażerką. Co ciekawe, nie spotkałam jeszcze na trasie tak obładowanej rowerzystki jak ja – z sakwami i dzieckiem. Zresztą o ile w Swinoujściu mijałam tabuny cyklistów (od typowo rekreacyjnych po długostansowców z wypchanymi po brzegi  sakwami), o tyle teraz spotykam pojedyncze egzemplarze amatorów takiego wypoczynku. Na R10 rzadko mijam obładowanych ludzi na rowerze. Raczej przeważnie poruszających się między położonymi blisko siebie miejscowościami.

Wyjeżdżam z Łaz pakując wcześniej w sakwy świeżutkie, czystością pachnące ubrania (akurat starczy mi ich na kolejny tydzień wyprawy). Szkoda, że nie ma tutaj ścieżki rowerowej wzdłuż wybrzeża do Dąbek. Trzeba nadrobić trochę kilometrów szlakiem R10 biegnącym na tym odcinku przez wioski. Pogoda jest doskonała na podróż – trochę słońca, trochę wiatru, przelotny deszczyk kilka razy nas omija. Mijamy łąki z pasącymi się krowami, gospodarstwa popegeerowkie, przydrożne sklepiki spożywcze, łany zboża i jednego na tej trasie cyklistę z sakwami… W Dąbkach rozpływam się w sentymentach. Bardzo często przyjeżdżałam tu z rodzicami na wczasy. Zabieram Jaśminkę do rybaków, patrzymy na malownicze kutry z kolorowymi chorągiewkami i łódki rozstawione na plaży. Podjeżdżamy do najstarszego w Dąbkach domu rybackiego, gawędzimy z gsopodynią tego miejsca. Dalej zatrzymujemy się w Bobolinie w „Gospodzie OBORA” (za Dąbkami) na fenomenalnych „babach ziemniaczanych”. Taka baba to coś na kształt ciasta ziemniaczanego.  Zamawiam „specjał oborowy”, czyli babę pięć serów zapieczoną z camembertem, gorgonzelą i fetą, obsypaną twarogiem i wiórkami ostrego sera. Podawana jest z sosem czosnkowym i żurawiną. Polecam! Prawdziwa rozkosz dla podniebienia! Podobnie warto sprobować  baby z kawałem soczystej pieczeni wieprzowej. Mniammm! Jaśminka wcina natomiast z wielkim apetytem żurek z jajkiem i kiełbasą. Nie tylko wyśmienite dania są powodem, żeby tutaj zajrzeć. Także bardzo oryginalne wnętrze przykuwa uwagę. Motywem przewodnim na jednej ze ścian jest tapeta z krowami naturalnej wielkości w czarno-białym wydaniu. Zważywszy na fakt, że pierwotnie była tu faktycznie obora, to pomysł na aranżację jest znakomity. Jest to jednak bardzo elegancka i z dużym wyczuciem smaku urządzona obora. Zresztą niedaleko tej knajpki mijamy wielkie pastwiska z ogromną ilością krów. Co tu dużo mówić – brawo dla tego, kto tak doskonale wydobył krowi potencjał tego terenu! Uwielbiam takie rozwiązania :-)

Dalej suniemy do Darłówka zbaczając z R10. Przejeżdżamy przez rozsuwany most (z lat 80.tych łączący Darłówko Wschodnie z Zachodnim). Obserwujemy ujście rzeki Wieprzy do Bałtyku, pływające statki wycieczkowe. Zdobywamy z Jaśminką piątą latarnię morską (do tej pory przeoczyłyśmy tylko latarnię w Kikucie). Statek Król Eryk I kusi możliwością odbycia przyjemnego rejsu, ale wyrachowany „majtek”, którego pytam o bilety (uznaję, że to majtek, bo kapitan miałby chyba większą klasę) skutecznie odwodzi mnie od tego pomysłu. Główny deptak portowego miasteczka tętni życiem – muzycy i grajkowe, przebierańcy, drobny handelek kwitnie… Jest gwarno, wakacyjnie, a całość ma nawet fajny klimat (nawet pomimo wszędzie zakradającego się kiczu). W Darłowie wpadam do Zamku Książąt Pomorskich minutę przed zamknięciem (sic!). Na tyle, że udaje mi się tylko zrobić zdjęcie w środku. Szkoda, bo bardzo chciałam go z Jaśminką zwiedzić… Ale cóż robić. Przejechałyśmy 40 km, do Jarosławca jest jeszcze 20 kolejnych. Od Darłowa jedzie mi się ciężko, bo mam pod wiatr.  Jednak piękny widok na ogromne wiatraki rekompensuje mi wszelkie trudy drogi. I nawet gdy wjeźdżam żółwim tempem pod dużą górę, a wiatr mi wieje prosto w twarz, to i tak jest bosko! Na szczycie wiatrakowego wzniesienia czeka mnie nagroda – cudowny widok na morze. Jest tutaj naprawdę uroczo. Nie dziwi mnie wcale to, że pomimo sporej odległości od morza ludzie chętnie tu przyjeżdżają na wypoczynek. W miejscowości Cisowo natrafiamy przy drodze na duże bocianie gniazdo, Zadzieramy głowy do góry i obserwujemy przez dlższy czas bocianią rodzinę. Emocji jest co niemiara, bo młody bociek dopiero co uczy się latać pod okiem rodziców i przy ich wsparciu. Mały trzy razy nie trafia do gniazda, znosi go zwiatr. Dopiero za czwartym razem mu się udaje. Posługuję się tą zaobserwowaną scenką, żeby tłumaczyć Jaśmince kwestie odwagi, samozaparcia, nauki samodzielności, radzenia sobie w życiu oraz roli rodziców w tym całym procesie. Mała słucha, kiwa głową z przejęciem, zda się, że rozumie w czym rzecz ;-) Zegnamy familię bocianią i mkniemy dalej R10 przez bardzo malownicze tereny -pośród wiatraków, złotych kłosów zboża i wzdłuż jeziora Kopań, nad którym przelatują stada ptaków… Jest tu tak cicho, spokojnie, kojąco, że najchętniej rozbiłabym w tym miejscu namiot i została na noc ;-) Po tym odcinku droga do Jarosławca biegnie już ulicą, ale po pokonaniu sporej górki , przed dłuższy czas sunie się w dół. Bardzo szybko mija nam z Jaśminką trasa do Jarosławca. Akurat łapiemy się jeszcze na piękny zachód słońca przy którym turyści puszczają w niebo lampiony. O Jarosławcu niewiele wiem, nigdy tu nie byłam, ale na pierwszy rzut oka już mi się podoba. Ma swoją specyfikę… Jutro poznamy go lepiej. Tymczasem szukając jakiegoś dobrego ośrodka, w którym mogłybyśmy miło z Jaśminką spędzić czas, trafiamy do wymarzonego na wypoczynek miejsca – ALBATROS SPA & SKI. Można się tu nie tylko zrelaksować w salonie SPA czy korzystając z pięknego basenu, ale też pojeździć latem na nartach. Powstał tu pierwszy na polskim wybrzeżu całoroczny stok narciarski. Jutro będę go testować, a Jaśminka mam nadzieję, że też się będzie dobrze bawić w Akademii Małego Twórcy :-) Szykuje nam się jutro bardzo miły czas do południa. A podsumowując dzisiejszą trasę – przejechałyśmy 62 km, co znaczy, że pobiłyśmy swój rekord! Wygląda na to, że się nieźle rozkręcamy… ;-)