Minimalizacja elektronicznych gadżetów w podróży

Właśnie powoli przekraczam próg porzucenia nadal modnych, wielkich lustrzanek, pełnych klatek i pogoni za parametrami, która nota bene i tak szczęśliwie omija mnie dość szerokim łukiem. Po prostu zauważyłem, że im więcej myślę o sprzęcie (…) tym mniejszą mam frajdę z samego fotografowania. Lubię czuć, że sprzęt ma jakąś, nazwijmy to, „duszę”, czego nie mają dla mnie obecne wyżyłowane, najnowsze korpusy – w ten własnie sposób jeszcze niedawno pisałem na moim drugim blogu o koncepcji zmiany sprzętu na mniejszy. Wtedy nadal czekałem na aparat, który miał spełnić moje bodaj największe oczekiwania fotograficzno-podróżnicze w tym momencie.

Miał przede wszystkim dawać jak najlepsze jakościowo zdjęcia, najlepiej prosto z „puszki”, bez mozolnego obrabiania surowych plików. Po drugie miał być jak najmniejszy, a po trzecie miał nawiązywać stylistycznie do minionej epoki fotografii. A, i koniecznie musiał umożliwiać wymianę obiektywów. Ku mojemu zadowoleniu, wszystko to znalazłem w Fujifilm X-E1.

Tym, którzy nie czytali wspomnianej wcześniej notki krótko wyjaśniam cytując, że „zamówiłem to małe cudo, bo już mam trochę dość (…) noszenia foto-klamotów spod znaku najpierw Nikona, a później Canona. Magia pełnej klatki też działa już na mnie jakby mniej. Podróżując często narzekałem na wagę [i gabaryty] sprzętu i w zasadzie odrobinę psuło mi to frajdę z samego wyjazdu. Nie mówiąc już o ludziach, którzy na widok „profesjonalnej” czarnej cegły nagle sztywnieli, zaczynali grać, udawać itp. (…) a co mi po nawet najlepszym aparacie, który leży w domu. Nic. W sumie to może nawet nie miałem na co zbytnio narzekać, bo nie dźwigałem ze sobą tony korpusów ze szklarnią, ale i tak Canon 5D Mark II ze spacerowym słoikiem 24-105mm, lampą błyskową i przyległościami trochę waży, a ja uwielbiam mieć ze sobą jak najmniej. Lekki plecak, lekki strój, lekki sprzęt.”

Ta minimalizacja fotograficzna pociągnęła za sobą kolejne. I tak też, chyba po raz pierwszy, nie biorę na wyprawę netbooka. Tym razem zastąpi go 7. calowy tablet. W tym roku, również po raz pierwszy, zabieram małą, kieszonkową (dosłownie) drukarkę w technologii zink (bezatramentowa). Nie pamiętam już u którego fotografa, ale podpatrzyłem kiedyś jak fajną rzeczą jest zostawianie ludziom – szczególnie lokalnym społecznościom plemiennym – takich drobnych  pamiątek. Jakość zdjęć z tej kruszyny nie jest oszałamiająca, ale wystarczająca, żeby zostać cennym i miłym podarunkiem.

Kolejną rzeczą, której również nie zabieram tym razem jest drugi aparacik do nagrywania wideo. Robienie filmów lustrzanką nigdy nie było dla mnie zbyt wygodne, więc zawsze na wyprawę brałem kompakt. Tym razem w pewnym stopniu zastąpi go X-E1, chociaż jak widać za nic w świecie  nie rozstanę się z kamerką GoPro. Mała, a potężna. I wodoszczelna.

Cały czas zastanawiam się jeszcze nad zabraniem banku zdjęć, czyli przenośnego dysku z opcją kopiowania kart, bo w końcu to 160GB, którego na pewno nie zabiorę w kartach. Dysk mam, karty musiałbym kupić, a to droga impreza. Zdjęć nie zrobię tyle, żeby zapchać posiadane teraz karty, ale wideo zajmuje sporo miejsca. Dysk w sumie wiele nie zajmuje i jest dość dobrze obudowany, więc chyba jednak zabiorę.

Jak widać główna redukcja sprzętu opiera się na aparacie i komputerze. To wystarczy, żeby znów poczuć lekkość bytu na plecach i w głowie, a to przecież gotowy przepis na udaną wyprawę.

Zastanawiałem się też jakim, najlepszym dla mnie, sposobem będzie publikowanie wpisów z dobrej jakości zdjęciami, bo te z telefonu mnie nie interesują. Niby nic skomplikowanego, są kafejki. Ale jadąc kamperem, czyli będąc cały czas w drodze i śpiąc poza miastami, ciągłe szukanie kafejek nie miało by sensu. Traciłbym na to mnóstwo czasu. Lepiej w tym czasie szukać przygód. Wymyśliłem więc, że po pierwsze kupię lokalną kartę pre-paid z transferem 2GB od operatora o największym pokryciu standardem 3G (prawdopodobnie Telecom, ew. Vodafone), a po drugie podepnę pod telefon kabel USB w trybie host i tym samym będę mógł podłączyć do niego zwykły czytnik kart SDxx. Za jednym zamachem więc, rozwiążę problem kafejek i zdjęć z telefonu. Poza tym, być może pisanie na tablecie nie jest zbyt wygodne, ale jest takim na pewno ręczne pisanie piórkiem w Note II – sprawdziłem, świetnie rozpoznaje pismo. Będą to więc prawdziwe, odręczne notatki z podróży ;)

Na koniec podsumowanie tego, co zabieram, a co zostawiam. Mam nadzieję, że wszystko wypali i nie będę musiał się przepraszać z kafejkami.

Zabieram:

  • podstawowy aparat (Fujifilm X-E1)
  • kamerę wodoszczelną (GoPro Hero2)
  • tablet (Nexus 7)
  • telefon podstawowy (Samsung Galaxy Note II)
  • telefon zapasowy (Samsung Galaxy Ace)
  • drukarka Polaroid PoGo
  • kabel host USB
  • czytnik kart SDxx

Zostaje:

  • duża i ciężka lustrzanka
  • kompakt do kręcenia wideo
  • fotobank (?)
  • netbook
  • 4 ładowarki do powyższego
  • lampa błyskowa

Myślicie, że z jakiegoś powodu mogę pożałować takiej decyzji? Jeśli macie jakieś przemyślenia, albo znacie pod tym względem warunki Nowej Zelandii podzielcie się – wtedy nie będę odkrywał Ameryki na nowo. A może, właśnie na tym to wszystko polega, na odkrywaniu naszych prywatnych Ameryk?