Aoraki, dziwadła i stolica steampunku

Kiedy myślę „gwiazdy” mam przed oczami nieboskłon półkuli południowej. Już w Australii byliśmy zafascynowani niebem wprost usianym gwiazdami, a teraz mamy wspaniałą powtórkę tutaj. Miriady punkcików, wśród których niemożnością zdaje się rozpoznanie charakterystycznych konstelacji. Jakby ktoś sypnął gwiezdnym pyłem w czerń kosmosu…

Matka Aoraki Kamp pod Mt Cook Kamp pod Mt Cook

Wyżej już się nie da

Taka noc spędzona u stóp Góry Cooka z mleczną drogą zawieszoną tuż nad głową (niesamowite wrażenie!) potrafi przywrócić człowiekowi poczucie jedności z naturą. Maorysi ten najwyższy szczyt Nowej Zelandii (3 754 m n.p.m.) nazwali Aoraki, co znaczy „Przebijająca chmury”. Nazwa jest całkiem trafna – górę często zakrywają chmury, a z pomiędzy nich triumfalnie wybija ośnieżony wierzchołek oświetlony promieniami słońca.

Istnieje też związana z górą maoryska legenda: Aoraki i jego trzej bracia, synowie Ojca Nieba (Rakinui) i Matki Ziemi (Papatuanuku) podczas żeglugi wpadli na rafę. Olbrzymie canoe obróciło się na bok, a wtedy bracia na nie weszli. Ostry południowy wicher najpierw ich zmroził, a później zamienił w kamień i tak właśnie powstała Wyspa Południowa. Bracia tworzą dziś Alpy Południowe, a najwyższą górą jest ten, który stał na canoe najwyżej, właśnie Aoraki.

Jest coś boskiego w tych wysokich szczytach, niebiesko połyskujących lodowcach, turkusowych jeziorach i rozległych polodowcowych równinach. Nic dziwnego, że to jeden z najpiękniejszych zakątków kraju Kiwi. Po tym obszarze łańcucha Alp Południowych śmigał w ramach treningu Sir Edmund Hillary – pierwszy zdobywca Mount Everestu. Zasięg do pokonywania tras wspinaczkowych jest ogromny. Park Narodowy Cooka obejmuje 140 szczytów powyżej 2000 m n.p.m. i 72 lodowce, w tym 5 największych w Nowej Zelandii (na czele z lodowcem Tasmana). Jest zresztą w wiosce muzeum poświęcone pamięci Hillarego. Dla fanów wspinaczki wysokogórskiej to też niezła gratka – można w nim spędzić pół dnia na filmowych prezentacjach. Od Sir Edmunda na Evereście, poprzez podróże w przestrzeni kosmicznej, aż po zrealizowany przez studio Weta (to ci od Władcy Pierścieni i Hobbita) film o pradziejach tej ziemi.

Wracając do gór. Oj, chcielibyśmy wyruszyć w dłuższą trasę trekingową. Niestety w podroży z Jaśminą musimy wybierać szlaki maksymalnie dwugodzinne. Na tyle Mała jest w stanie przebierać nogami, chociaż i tak w powrotnej drodze w pewnym momencie ląduje „na barana”. To nieuniknione. Mamy różne sposoby, żeby ją mobilizować. Nie są to wcale słodycze :) W przypadku Góry Cooka pomogła koszulka z dzielną Pippi Pończoszanką i zabawa w „tankowanie paliwa”. Dziecko jest w stanie wydobyć z siebie niezmierzone pokłady energii, gdy jest pozytywnie „podkręcane”. Taki 4-latek potrafi już wiele w podróży. Bez zająknięcia umyje zęby w zimnej wodzie w prowizorycznej toalecie na półdzikim kempingu. Do tego przyświeci sobie latarką czołówką. Możemy tylko pozazdrościć szkrabowi tej frajdy, jaką czerpie z wykonywania każdej czynności. Jednym slowem uczy się życia w kamperowej społeczności ;)

Mt Cook Widok na szlaku Widok na szlaku Visitor Center w Aoraki Jeden ze szlaków Obok centrum Hilarego Zachód słońca na szlaku

Czas zatrzymał się w stolicy steampunka

Wraz z Górą Cooka żegnamy piękny rejon Canterburry. Kolejnym przystankiem jest wyjątkowo oryginalne miasto – Oamaru w stanie Otago. To jedno z tych miejsc, które absolutnie nie pozwala o sobie zapomnieć. Całkowicie nas obezwładnia! Oamaru jest najstarszym miastem w Nowej Zelandii, w którym – jak w żadnym innym mieście – zachował się klimat epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej. Z każdego zakątka ulicy przebija czar dawnych lat – w stylowych kamienicach z początku XIX wieku kryją się pracownie malarskie, rzeźbiarskie, modystyczne, galerie sztuki, małe sklepiki utrzymane w konwencji retro.

Wchodzisz po lody domowej roboty, a tam przygrywa muzyka ze starej płyty winylowej, zegar z wolna tyka… Czas nareszcie nie pędzi. Pojawia się wrażenie jakby w tym zaklętym wiktoriańską magią mieście istniały dwie równoległe czasoprzestrzenie – przeszłość i teraźniejszość. Nie ma w nim absolutnie miejsca na przyszłość i nowoczesność. Targi staroci, przedmioty z historią, styl vintage w codziennej modzie – to wyznaczniki mieszkańców Oamaru. Wszystko tu wprawia w zdumienie – układ przestrzenny, architektura, kolej, place zabaw zaprojektowane w stylu retro (pomysły nie do podrobienia), asortyment sklepów, dźwięki miasta.

I wszystko to jest prawdą pod warunkiem, że mówimy li tylko o starym centrum, które onegdaj nie nadawało się architektonicznie do rozbudowy, więc postanowiono stworzyć nowe, trochę dalej. Tam też toczy się zwykłe, normalne, „nowoczesne” życie miasta. Co zatem stało się ze starą częścią, która nie będąc „używana” przez dość długi okres całkiem nieźle się zachowała? Ano niedawno wpompowano tam dość znaczne kwoty i je odrestaurowano. Świetnie to teraz wygląda.

 

 


W odbiciu kamper z firmy Wicked Campers
Lodziarnia w Oamaru Artysta przy pracy

Żelazo, para i technika

Żeby było śmieszniej, Oamaru jest również światową stolicą steampunku. Nikt kto trafi do miasta z pewnością nie przeoczy budynku kwatery głównej steampunku z buchającą ogniem lokomotywą i galerią pełną najdziwaczniejszych konstrukcji. W stare zardzewiałe żelastwa tchnięto ducha techniki, co dało niesamowity efekt. Pełno w tych gratach pary, ognia, starotechnicznych akcentów, zaskakujących zestawień. Straszne to niby, dziwaczne, dźwiękami przytłaczające, a jednak w jakiś sposób fascynujące. Chociaż tak szczerze powiedziawszy jak na stolice stemapunku zbyt dużo tu „złomu”, a za mało miedzianych rurek itp. ;)

Podobne wrażenie „odmienności” dopada nas, gdy wchodzimy do jednej z najbardziej znanych galerii sztuki. Takiego skupiska dzieł przedziwnej natury nigdy nie widzieliśmy! Prawdziwa galeria osobliwych przedmiotów, w której surrealistyczna wizja łączy się z groteską, piękno z brzydotą, natura towarzyszy sztucznej formie, a życie w krzywym zwierciadle ukazuje frenetyczne odbicie. Gigantyczne maski karnawałowe, rzeźby i instalacje, obrazy, wypchane zwierzęta, zabawki, lampy, ubrania, aż po upchnięte tu i ówdzie szczątki zwierząt służących do odprawiania magicznych rytuałów… Tysiące cudacznych przedmiotów zebranych w jednym miejscu. Budzą w nas ciekawość, intrygują, w jakiś sposób zaczepiają, otwierają na inną estetykę… Po prostu nie możemy się nadziwić tym cudom!

Kwatera główna steampunku Grainstore Gallery Grainstore Gallery Grainstore Gallery Maski z Grainstore Gallery Maskotki w Grainstore Gallery Jaśmina z podarunkiem od pani Whisky

Dwubeczkowe trunki i lazurowe bakterie

Wśród całego arsenału sklepów i pracowni artystycznych odwiedzamy także Muzeum Whisky. Skosztować tu można najlepszego napitku w całej Nowej Zelandii. Od rana ciężko testować, ale z przyjemnością wąchamy najlepsze gatunki alkoholu, które – jak tłumaczy właścicielka – kilka lat leżały w jednych beczkach, a następnie kolejne kilka w innych. Niestety nie pamiętamy o co chodziło z tymi beczkami, ale dodawało to szlachetności trunkowi. No i lansu pijącemu ;)

Po starej części miasteczka krzątamy się z wielką przyjemnością. Znamienne jest to, że artyści tworzą w miejscach publicznych, są elementem wkomponowanym w przestrzeń, do której się wchodzi. Daje to uczucie bardziej kompletnego kontaktu ze sztuką. Mamy wrażenie, że wszystko powstaje na naszych oczach – od etykietek naklejanych na małe buteleczki whisky, poprzez kapelusz, biżuterię, obraz, a kończąc na… serze. A propos tego ostatniego – trafiamy też do Whitestone, jednej z największych w Nowej Zelandii serowiarni. Poznajemy cały proces produkcji sera, a na koniec testujemy różne gatunki. Ser „made in New Zealand” jest naprawdę wyśmienity!

Najlepsza na świecie certyfikowana blended whisky Najlepsza na świecie blended wisky

Wiktoriański fotoszop. O, pardon – Photo Shoppe!

Już na koniec, tradycyjnie na antypodach zaciągam rodzinę do lokalnego fotografa na sesję w strojach wiktoriańskich. Nie ma na to lepszego miejsca niż Oamaru! Poznajemy Carol, która od 14 lat zajmuje się aranżacją i robieniem zdjęć w starym stylu. Nie sądziłam, że przez tyle lat można z tego wyżyć, a tu proszę. Przebieranki są ważną częścią całego rytuału. Zresztą trwają one najdłużej. Podobnie jak próba odpowiedniej mimiki. Mam być poważną, dumną, bogatą damą. Norbi w galotach na szelkach „bez pleców” wygląda komicznie (czego nie widać na zdjęciu). Jaśmina ustawia się perfekcyjnie i dzielnie wszystko znosi (nawet przyciasne buty!) myśląc o tym, że zaraz dostanie gałkę czekoladowych, nowozelandzkich lodów Tip Top ;) Pstryk i zdjęcie gotowe w trzy minuty. Oddaje klimat miejsca, w którym jesteśmy.

Zdjęcie /tutaj/

Tu zrobiliśmy zdjęcie z epoki

My, Dzieci z Pahiatua

Jak się okazuje, Oamaru ma dla nas jeszcze jedną niezwykłą historię. Dzięki otrzymanej informacji od niedawno poznanego przedstawiciela ambasady Nowej Zelandii w Warszawie i jego żony, Ilony i Darka Zdziechów, podjeżdżamy w odwiedziny do Pani Czesławy Panek – jedynej Polki mieszkającej w tym mieście. Pani Czesia była jedną z 733 polskich dzieci zesłanych do Nowej Zelandii po II wojnie światowej, zwanych dziećmi z Pahiatua. Powierzyła nam część swojej trudnej historii w tym np. opisu konwojowania ich na oceanie przez kilka niszczycieli podczas próby zatopienia przez łódź podwodną czy też niespełnionych obietnic powrotu do swoich rodzin w Polsce. Pani Czesia uporała się ze swoim trudnym dzieciństwem. Potraktowała to wszystko jako swoją historię, pewien zamknięty etap.

Oprócz zdjęć z dawnych lat, zobaczyliśmy setki pięknych ozdób, które tworzy od lat metodą czółenkową. To jej prawdziwa pasja. Podobnie jak lalki robione na drutach i wysyłane dzieciom na Filipiny i do Papui Nowej Gwinei. Bardzo inspirujące spotkanie.

Pani Czesia Panek

Dalszy los pcha nas dalej na południe, do Dunedin. O tym co przyniósł powiemy Wam następnym razem.