Momenty #1

W każdej podróży są takie momenty – drobne, maleńkie, z pozoru nic nie znaczące – które obiektywnie rzecz biorąc nie są clue całej wyprawy, ale w ciągłym pasmie pięknych widoków, zwiedzania i „globtroterskich powinności” są taką swoistą solą. Solą, dzięki której podróż zapada głębiej w pamięć, dzieli się na etapy i dzięki której dostrzegamy pewną niezwykłość zwyczajnych sytuacji. Oczywiście ich charakter da się stopniować, ale wszystkie one w danej chwili mają tę iskrę niesamowitości, którą dość trudno wykrzesać na domowym podwórku.

Oto kilka z nich.

Jeży Farciarz

W Nowej Zelandii poza obszarem zabudowanym można zasuwać do 100 km/h. Patrząc na lokalesów, przynajmniej teoretycznie. My swoim rydwanem ognia przy tej prędkości staramy utrzymywać się nadal w obszarze jezdni, co przy gwałtownych bocznych wiatrach jest czasem dość karkołomne i aż się dziwię dlaczego jeszcze nikt nie zgłosił „pijanego kierowcy”.

I tak, pewnego pięknego popołudnia, zapylamy sobie te przepisowe 110… to znaczy… no dobra, mniejsza z tym, aż tu nagle na drodze zza górki wyłania się kształt. Mała, szara kulka, niemogąca się zdecydować, w którą stronę będzie bliżej do pobocza.

W związku z tym, że jestem znany z poszanowania wszystkiego co żyje (*pac*, cholerna meszka!), wdepnąłem ga… hamulec w podłogę, zaciągnąłem ręczny, zwiększyłem opór lotek na maksa i wypuściłem czaszę hamującą. Rydwan stanął dęba i przechylając się na bok szczęśliwie zygzakiem ominęliśmy przerażoną kulkę, której z wrażenia orzeszek wypadł z pyszczka. Nam również.

Jeż. W dodatku jakby na nas obrażony.

Jeżyk Jeżyk

 

W odwiedziny do Dantego

Jadąc z Te Anau do Milford Sound, czyli najliczniej odwiedzanego w Nowej Zelandii fiordu (drugi to Doubtful Sound), trzeba przejechać przez tunel Homera. Budowany w czasie wojny, oddany w 1954 roku dziurawi górę Darran na długości 1270m. Zanim położono w nim asfalt był najdłuższym żwirowym tunelem na świecie.

Przejazd, a właściwie zjazd, przez tunel. Niby nic wielkiego, ale uwierzcie, że tym razem – czy to właśnie z powodu dość dużego nachylenia, czy może względnie małej wielkości otworu połączonej z długością zjazdu i koncentrycznymi zaciekami (minerały?) na ścianach – miałem wrażenie jakbyśmy jechali wprost do samego Dantego na ostatnią wódkę. Czułem się tym  bardziej wyjątkowo – niemal jak pionier – że to ja prowadziłem całą kawalkadę. Taki Odys kurka.

I wiecie co, naprawdę starałem się nie pamiętać o tych wszystkich zawaleniach tuneli o solidniejszych konstrukcjach. Myśli odganiałem szybciej niż się pojawiały.

Tunel Homera Tunel Homera DSCF0955

 

Papuzi test plecakowy

Ta sytuacja wiąże się bezpośrednio z powyższą. W drodze powrotnej z Milford Sound, wyjeżdżając z tunelu zatrzymaliśmy się przy nim na kilka fotek, bo wcześniej jakoś nie było czasu. Jeszcze dobrze nie stanęliśmy, a już widzę dwa goniące się cienie na tle szarych skał. Dzień był trochę ponury, miało się ku zachodowi, a przez szczyty nad tunelem przewalały się szarobure chmury.

Zanim zdążyłem przemyśleć kompozycję zdjęcia, cienie przeleciały mi tuż nad głową – co samo w sobie już było dośc niezwykłe, tym bardziej, że wcześniej uznałem, że to jakieś drapieżniki – i wylądowały ze 3 metry dalej.

Papugi Kea! Do tej pory nie mieliśmy sposobności ich spotkać, a to prawdziwa nowozelandzka legenda. Szczególnie w rejonach alpejskich. Dość powiedzieć, że są uznawane za najinteligentniejsze papugi na świecie i jedne z najbystrzejszych z ptaków. Potrafią manipulować przedmiotami, rozwiązywać łamigłówki i współpracować ze sobą, żeby osiągnąć cel – jedzenie. Słyną także z wykradania rzeczy z plecaków i co bardziej niezwykle, z wyciągania gumowych uszczelek z samochodów. Dla turystów atrakcja, dla lokalesów utrapienie. Kiedyś odstrzeliwane ze względu na przypisywane im ataki na owce, ale od 1986 roku pod ochroną.

Oczywiście my jak to my, kim bylibyśmy, gdybyśmy nie wpadli na pewien pomysł. Monia postanowiła koniecznie sprawdzić te wszystkie legendy miejskie o tym, że jakoby Kea potrafiła sama otworzyć plecak, wyciągnąć jedzenie owinięte w papier, zjeść, a następnie schować papier do plecaka i go zapiąć. Tak tak, nie z nami takie numery. Plecak wylądował przed ptakami. W międzyczasie, kiedy one próbowały swoich sił, a ja leżąc próbowałem to uchwycić na zdjęciu, zdarzyło się kilka razy, że zaczęły mnie obchodzić z boku i z tyłu. Poczułem się nieswojo.

Jak widzicie na zdjęciu, test udał się tylko połowicznie, bo wprawdzie jedna papuga odciągnęła lekko zamek, ale w trakcie obserwacji uznaliśmy, że prędzej go rozetnie dziobem (co już zaczęła robić) niż go otworzy. Monia im to nawet zademonstrowała. Natomiast co do włożenia papierka i powtórnego zapięcia zamka… No cóż, sami wiecie ;)

Kea Kea Kea Kea

 

Upadła gwiazda

W Nowej Zelandii jest tak piękne, a przede wszystkim czyste niebo, że kilka razy zabierałem się za uwiecznianie go na zdjęciach. Najlepiej wychodzi to oczywiście w terenach pozamiejskich, chociaż w niektórych mniejszych miasteczkach wprowadzono zakaz zaśmiecania światłem i wszystkie nocne lampy świecą tylko w dół nie tworząc tak charakterystycznej w naszych czasach pomarańczowej łuny na nocnym niebie.

W zasadzie nie bawię się w astrofotografię wcale, więc niewiele wiedząc o podstawowych parametrach postanowiłem porobić zdjęcia nieba metodą prób i błędów. Wyszło na to, że na zdjęciach robionych powyżej minuty gwiazdy są juz ciut przesunięte, a na tych 10-minutowych są już dość dlugimi kreskami. Jak rozumiem trzeba mieć na statywie jakąś automatyczną głowicę śledzącą. W każdym bądź razie po ustawieniu ekspozycji zdjęcia wychodziły w granicach 15-30 sekund (wysokie ISO, otwarta przysłona). Trochę amatorka, no cóż.

Teraz spójrzcie na zdjęcie poniżej i pomyślcie ile trzeba mieć szczęścia, żeby tak sobie partyzancko pstrykając uchwycić „spadającą gwiazdę” (i odkryć to dopiero później przy oglądaniu efektów). Tak, dokładnie. Ta kreska na niebie to kawał skały spalony po wejściu w atmosferę. Niezwykłe, co? :)

Spadająca gwiazda

Małe, a duże. Zwykłe, a niezwykle. Takie właśnie momenty i sytuacje nadają kolorytu naszej podróży. Są naszą solą. Ciekaw jestem jakie Wy mieliście „momenty”, bo że mieliście to wiem na pewno.