Ze szkockiego Dunedin do zimnego Bluff

Ostatnio rozstaliśmy się w Oamaru. Zbliżając się coraz bardziej do południowego krańca Nowej Zelandii trafiamy na niezbyt przychylną pogodę. Robi się stopniowo zimniej i częściej kropi, a niebo często zasnute jest ciężkimi chmurami. Jakby nie było to i tak lepiej niż tegoroczne opady śniegu na Wielkanoc. Same widoki również rekompensują nasze straty moralne.  Dziś zapraszamy na zimne piwo i gorące ostrygi.

Kosmiczne kule

Moeraki Boulders to ogromne, kuliste głazy, które napotykamy na brzegu w drodze między Oamaru a Dunedin. Powstały w wyniku erozji brzegu zbudowanego z mułowców. Wśród nich są takie, których obwód sięga nawet do 4 metrów, a ich waga zdecydowanie przewyższa możliwości jakiegokolwiek strongmana, z Pudzianem na czele. Na plaży wyglądają naprawdę kosmicznie i przypominają mi trochę znane australijskie „pomarańczowe” otoczaki, choć te nowozelandzkie są klasycznie szare. Kolor pogłębiony tym bardziej, że pogoda nam trochę nie dopisała. Legendy maoryskie mówią, że są to kosze z jedzeniem z przewróconej pirogi. Nigdy bym na to nie wpadła! Mity autochtonów z pewnością pobudzają wyobraźnię, ale czy ja wiem? Bardziej przypominają mi gigantyczne owcze bobki. Na dodatek nie-do-ruszenia. Ciekawe, co o tym powiedziałby Freud?;)

Moeraki Boulders Moeraki Boulders

Dunedin – miasto piwa i szkockiej kraty

Podróżując po Nowej Zelandii wyraźnie odczuwa się wpływy Brytyjczyków – epoka kolonizatorów nie daje o sobie zapomnieć. Zresztą akcenty innych narodowości również – o francuskim osadnictwie wspominaliśmy przy okazji Półwyspu Banks i Akaroa.

Dunedin to typowo szkockie miasto. W czasach gorączki złota tysiące Szkotów przybywało na drugi koniec świata. Próbowali szczęścia poszukując złotonośnych żył. Dosłownie i w przenośni powstał tu drugi Edynburg. Zresztą początkowo miasto nazywało się Nowym Edynburgiem (New Edinburgh), potem zmieniono go na Dunedin (Edin na Wzgórzu). Na pierwszy rzut oka jest dosyć surowe, zwłaszcza w architekturze. Dużo w nim kamiennych budynków w stylu wiktoriańskim i elżbietańskim. Ale jeszcze więcej pubów, w których piwo leje się strumieniami. Gatunków piwa jest bez liku. Dunedin był stolicą browarnictwa Nowej Zelandii w 1880 roku. Wyprodukowano wtedy 1,2 milionów gallonów piwa, jedną czwartą produkcji całego kraju. Inne alkohole były też bardzo popularne (whisky i brendy), ale to właśnie piwo stało się ulubionym trunkiem. Gasiło pragnienie po dniu ciężkiej pracy. Poza tym wielu z biedaków Dunedin piło alkohol, żeby uciec od rzeczywistości i kiepskiego bytu. A że było tanie i dostępne to chętniej pili niż coś jedli ;)

W knajpach i na ulicach Dunedin udziela nam się klimat wiktoriański, ze szkockim akcentem. Widok zataczającego się starszego jegomościa z bokobrodami i mętnym spojrzeniem, w znoszonym klasycznie angielskim stroju, beblającego coś pod nosem w amoku alkoholowym, skutecznie przenosi nas w kolonialne czasy. Obok niego – dla kontrastu – przemyka grzeczna uczennica. Oczywiście w spódnicy w szkocką kratę :)

Ale żeby złamać alkoholowy wydźwięk opisu, dajemy zdjęcia kościoła. Taka sytuacja ;)

Kościół w Dunedin Kościół w Dunedin Kościół w Dunedin

Galeria przodków

Solidną porcję wiedzy o Dunedin przyjmujemy w Muzeum Osadnictwa. Warto tu zajrzeć (nie tylko dlatego, że wstęp jest bezpłatny). To wyjątkowo ciekawe miejsce, 3 godziny mijają błyskawicznie i nawet Jaśmina daje radę. Wrażenie robi przede wszystkim imponująca galeria portretów pierwszych brytyjskich osadników – prezentowana zarówno w wersji „ściennej”, jak i elektronicznej. W tej ostatniej, w specjalnym katalogu, błyskawicznie można odszukać swoich ewentualnych przodków, którzy wyemigrowali do Nowej Zelandii. Ze szczegółami odtworzono klimat panujący na pokładzie statku z pierwszymi osadnikami płynącymi do kraju Maorysów (efekty akustyczne i wizualne są naprawdę świetne, chociaż z filmików można się trochę pośmiać – klasa brazylijskiej telenoweli). W muzeum można poczuć także atmosferę miasta z czasów gorączki złota z saloonami, domami publicznymi, tanimi pubami. Dunedin rozwijał się w zawrotnym tempie – powstał tu najstarszy w kraju uniwersytet (do dziś przyciąga największą ilość studentów). To właśnie w „drugim Edynburgu” założono pierwszą linię tramwajową, codzienną gazetę i kolej linową. Uwagę przyciąga wystawa zabytkowych samochodów, motocykli, sprzętów codziennego użytku, zaaranżowana hala lotniska z dawnych lat. Dzięki filmowej symulacji wchodząc do historycznego trolejbusu czujemy się jak w wehikule czasu – prawdziwa magia! Jako ostatni opuszczamy muzealny przybytek…

Sala przodków-imigrantów Muzeum osadnictwa w Dunedin Oldschoolowe kampery Wnętrze oldschoolowej przyczepy kempingowej.

Wsiąść do pociągu nie-byle-jakiego

Pierwszym budynkiem w Dunedin, który rzuca się w oczy jest zabytkowy dworzec – cudeńko! Był on ostatnią z trzech stacji zbudowanych w mieście miedzy 1873 a 1906, największą i najbardziej obleganą w całej Nowej Zelandii. Dworzec zaprojektowany został w stylu flamandzkiego renesansu i zarówno z zewnątrz jak i w środku jest niesamowity. Ze stacji w Dunedin można odbyć półdniową podróż Taleri George Railway – gwarantowana niezapomniana przejażdżka z widokami jakich mało. Szkoda, że brakuje nam czasu, żeby się na nią wybrać… No nic, następnym razem.

Dworzec kolejowy w Dunedin Dworzec kolejowy w Dunedin Dworzec kolejowy w Dunedin Schody dworca w Dunedin Peron w Dunedin

Stop! Baldwin Street

Jest jeszcze jedna rzecz wyjątkowa w Dunedin. Baldwin Street. To najbardziej stroma ulica świata, wpisana do księgi rekordów Guinnessa. Każdego roku na festiwalu dunedińskim duża grupa sportowców ściga się na koniec ulicy i z powrotem. Wyścigi znane są jako Goodbuster. Jaśmina dzielnie wdrapuje się na sam szczyt, ale towarzyszy jej lekki stresik, bo stopień nachylenia ulicy jest niewiarygodnie duży. Na odcinku ponad 300 metrów ulica osiąga 19 stopni pochyłu. Widząc jak laweta sprowadza samochód z Baldwin St. ani nam w głowie wjeżdżanie tam kamperem! Jeśli tak kończą śmiałkowie to my dziękujemy. Zastanawia też jak na co dzień żyje się tam mieszkańcom, niestety w tamtej chwili nie było kogo spytać.

Baldwin St Baldwin St

Czekoladowy Joe

Zwiedzanie fabryki czekolady Cadbury rekompensuje Małej wszystkie trudy pokonane podczas wspinaczki na Baldwin Street. Już samo słowo CZEKOLADA ma dla niej wielką magię, a co dopiero widok 5 metrowej fontanny czekolady, procesu produkcji rozmaitej maści czekoladek i całej sterty batoników, jakich oczy dziecka w życiu nie widziały?! W fabrycznym sklepiku zaopatrujemy się w porządny zapas łakoci – przy optymistycznej prognozie starczy na całą podróż. Zapas wskazany. W końcu czekolada jest eliksirem miłości – jak mówił Giocomo Casanova. Zwłaszcza ciemna. A skoro już o niej mowa to przypomnieć warto, że po raz pierwszy pojawiła się we Francji w La Belle jako podarunek ślubny w 1615 roku. Anna Austriacka przywiozła hiszpańską czekoladę swojemu nowemu mężowi Ludwikowi XIII (notabene, razem ze służką, która co rano przygotowywała czekoladę do picia – o takiej służce dobrze jest pomarzyć ;). Szybko stała się modna na francuskim dworze.

Fabryka Cadbury w Dunedin jest znana na całym świecie – produkuje najwięcej rodzajów czekoladowych przetworów, w tym samej czekolady i kakao.

Fabryka Cadbury w Dunedin Fabryka Cadbury

Marsz pingwina z żółtym irokezem

Noc spędzamy na dziko na Otago Peninsula przy Harington Point (prawie na dziko, bo jednak w odpowiednie miejsce skierował nas jeden ze „strażników” terenu). Na półwyspie tym, oddalonym zaledwie o 30 km od centrum Dunedin, można zobaczyć niesamowite rzeczy. Jak chociażby nocne wędrówki pingwinów złotoczubych. W ciemności na plaży widzimy migające światła latarek – to przewodnicy oprowadzają turystów po okolicy wypatrując tych najrzadziej spotykanych pingwinów. Dlaczego nie dołączyć? 58 eleganckich nielotów paradujących śmiesznym krokiem po plaży to niecodzienny widok! Oprócz pingwinów na samym końcu półwyspu można też zobaczyć albatrosy i stada fok. Te ostatnie owszem widzę i to w całej okazałości. Albatrosów wypatruję i… nic. Nagle Norbi woła mnie do siebie: „Monia, chcesz zobaczyć albatrosy?”. Wychylam się mocno przez barierkę i nieopodal w krzakach dostrzegam przerażający widok – trzy truchła albatrosów. Smutniejszej sceny nie widziałam dawno… Co im się stało? Szkoda, że wokół nie ma nikogo, kto mógłby nam odpowiedzieć na to pytanie.

W drodze do Southland

W drodze na południe Wyspy zatrzymujemy się w Nugget Point. To dosyć dziki zakątek i bardzo malowniczy – z jedną z najstarszych latarni w Nowej Zelandii, widokiem na monumentalne skały wyłaniające się z Południowego Pacyfiku i foki wylegujące się leniwie w słońcu. Przy odrobinie szczęścia można też zobaczyć wieloryba. Przy pobliskiej Roaring Bay zazwyczaj spacerują pingwiny złotoczube, które rozmnażają się tylko na południowo-wschodnim wybrzeżu Nowej Zelandii oraz w Stewart, Campbell i na Wyspach Auckland. Za dnia ciężko je jednak zobaczyć, bo od godz. 13:00 obowiązuje zakaz wchodzenia na plażę w obszarze objętym ochroną pingwinów. Adios złotoczube!

Samowystarczalność kamperowicza

Podróżowanie kamperem daje duże poczucie wolności. Stajesz w wybranym przez siebie miejscu, o pięknej urodzie, na przykład tuż przy plaży i… po prostu sobie kuchcisz. Gotowanie w takich okolicznościach to żaden obowiązek, a czysta przyjemność! Przy Kaka Point przygotowuję makaron ze szpinakiem i lazurem, Jaśminka z Norbim szukają na plaży skarbów, łakome mewy czają się w pobliżu. Wokół prawie nikogo nie ma, miejscowi przemkną od czasu do czasu… Czas miło się sączy. Tak, słońce z wiatrem tworzą dzisiaj o tej porze wyjątkowo zgrany duet. Jest lekko, wakacyjnie, po prostu dobrze. Tak dobrze, że aż żal wyjeżdżać, ale czas nie jest z gumy.

Suniemy dalej wzdłuż brzegu oceanu mijając po drodze Tautuku Beach & Peninsula. Idealnie wyprofilowana plaża Tautuku składa się z bardzo drobnego kwarcu pochodzącego ze starych skał. To też ostatnie miejsce na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej, które pokrywa pierwotny las z ponad 1000-letnimi drzewami. Kiedyś rósł aż do samej linii brzegowej.

Puszczając wodze wyobraźni… W 1200 roku moglibyśmy zobaczyć tu canoe maoryskie na wodzie, ponad 50 gatunków ptaków leśnych włączając w to gigantycznego moa, rodziny maoryskie pichcące w swoich domostwach. W 1840 roku, czyli w czasach przybycia Strzeleckiego do Nowej Zelandii, obraz byłby już trochę inny. Bogatszy o chatki oraz ogrody europejskich i maoryskich łowców wielorybów z ich rodzinami, wielorybników strzelających z rewolwerów i palących tytoń w fajkach, jednego z wielkich wielorybów złapanych na Tautuku między 1789 a 1843, a także łodzie wielorybnicze i wielkie kadzie z topiącym się olejem wielorybim. Około 1910 pojawią się nowe elementy w krajobrazie – dym z młynów, mleczne krowy Lawsona (załóżmy… znanego farmera), małe łódki rybackie, powózka konna jadąca błotną drogą albo plażą…
Miło jest to wszystko sobie wyobrazić. Zatrzymać się. Z uwagą przyjrzeć.

Ostrożnie z wiatrami w Bluff

Region Southland jest naprawdę piękny, zwłaszcza wybrzeże Catlins fragmentami wzbudza jakąś cichą melodię w duszy. W Curio Bay można zobaczyć pingwiny, delfiny, posurfować, powędkować i miło spędzić czas. Na noc lądujemy w Bluff – miejscowości wysuniętej w Nowej Zelandii najbardziej na południe. Za nią jest tylko dzika Steward Island, a dalej Antarktyka.

Bluff to miejscowość ograniczona właściwie do portu załadunkowego. Pogoda jest tutaj bardzo niestabilna – nas w każdym razie wywiało i skutecznie przegoniło w dalszą drogę. Kamperowiczów może zachęcić bardzo przyjazny, kameralny, tani a dość luksusowy kemping, oparty na zasadzie zaufania. Należność za kemping (22$ NZ za 2 os.) w zamkniętej kopercie wrzuca się przez drzwiczki, a właściwie dziurę w ścianie. Przy tym rytuale dopada nas wspomnienie z Australii, gdzie podobny system stosowany jest na niektórych plantacjach owoców – podjeżdza się do opustoszałej drewanianej budy np. z bananami, gdzie stoi waga i puszka z pieniędzmi. Obowiązuje pełna samoobsługa, łącznie z wydaniem sobie reszty. Taka jest mentalność Aussie. Nowy wspaniały świat…

W Bluff kosztujemy ostryg z pierwszej ręki. Świeże i pyszne, jeśli oczywiście ktoś przepada za tym afrodyzjakiem. Tuż przed nami przerzucany jest cały kontener dopiero co wyłowionych z morza mięczaków. W deszczową pogodę dobrze smakują zapiekane w cieście na ciepło. Szybko przemieszczamy się do Invercargill (miasta znanego z filmu z Anthonym Hopkinsem „The World’s Fastest Indian”) i dalej suniemy do Te Anau w stronę Milford Sound – jednej z większych atrakcji Nowej Zelandii. Będzie ogień!