Wyprawa rowerowa „Bornholm bez hamulców. Rodzinne hygge”

Od dawna Bornholm znajdował się na naszej globtroterskiej mapie. Minął kawałek życia zanim w końcu postawiliśmy na tej duńskiej wyspie umorusane światem stopy.

Przez 14 lat (tyle już razem włóczymy się po świecie) przekładaliśmy bornholmską eskapadę rowerową realizując inne projekty podróżnicze, celujące raczej w krańce świata niż pobliskie państwa. Aż do czasu, gdy do naszej rodziny dołączyła Halszka. Podobnie jak i Jaśmina z łatwością dostosowała się do naszego stylu życia i test „na podróżniczkę” zdała śpiewająco zwiedzając w chuście w wieku 3 miesięcy Wenecję oraz Toskanię – Chianti, Florencję, Sienę, San Gimignano i Pizzę. A, przepraszam! I miasteczko Piombino, znane dzięki psu Lampo, który jeździł koleją. Dzielnie pokonała 18 godzin podróży samochodem. Oczywiście starsza siostra cieszyła się, że utrzymała rekord ponieważ w wieku Halszki już wracała z 1,5 miesięcznej wyprawy kamperem po Australii. Uznaliśmy, że Bornholm to świetny kierunek na pierwszą rowerową podróż z dwójką dzieci, w tym z 4-miesięcznym niemowlakiem. Tym bardziej, że dzisiaj podróżować rowerem można praktycznie już od pierwszych miesięcy życia dziecka, a to dzięki np. firmie Hamax, która w 2016 r. wypuściła na rynek specjalną wkładkę (baby insert) dla niemowlaka do multi-przyczepki Outback. My z przyjemnością przetestowaliśmy wersję jednoosobową, Outback ONE. Przyczepka sunie po rowerowych szosach jak mały „mercedesik” i tak właśnie została przez nas ochrzczona. Sprawdza się też doskonale przy bieganiu (wymienne koło z hamulcem tarczowym). Zupełnie bez przesady – dzięki dużym kołom na dobrym zawieszeniu jedzie popychana li tylko delikatnym dotykiem. Tu, tak na marginesie, zwracam się do aktywnych rodziców – jeśli jesteście zainteresowani i chcecie poznać jej możliwości to mogę zorganizować taki osobisty test sprzętu. Zapakujecie swoje dziecię do „mercedesika” i ruszymy na wspólny jogging.

O SZTUCE PATRZENIA I PODRÓŻOWANIA.

Bornholm. Co można odkryć nowego na tej spenetrowanej wzdłuż i wszerz wysepce? Na dodatek leżącej na znanym nam ze swej kapryśnej natury Bałtyku? My zamierzamy poznać ją przede wszystkim poprzez przyglądanie się stylowi życia jej mieszkańców i skręcanie szczególnie w te dróżki, którymi mało kto podąża. Tak, by poczuć jej wewnętrzy rytm i przyjrzeć się z różnych stron istocie hygge, sztuce bycia szczęśliwym, która jest tak ważna dla Duńczyków. Według mnie prawdziwe podróżowanie to podążanie za tym, co przynosi Droga, we własnym rytmie, w naszym przypadku – rytmie Rodziny. To co istotne bardzo często kryje się w tym, co z pozoru niedostrzegalne i co jest poza sferą słów. Dlatego najwięcej historii rozgrywa się w przestrzeni, którą nazwę po swojemu – POMIĘDZY. Każdy z podróży przywozi własne kadry wspomnień. Ja najczęściej zapamiętuję ludzi i ich gesty, uśmiechy i przede wszystkim spojrzenia głębokie jak morze, w których można pływać bez granic, leżeć na wodzie i rozkoszować się tym stanem, albo dotykać dna i znów wypływać na powierzchnię. Spojrzenia, w których można przeglądać się jak w lustrze. To doświadczenie jedności z drugim człowiekiem pozostaje najmocniej zapamiętane. Moment, gdy na chwilę przenosisz się do czyjegoś życia, równolegle będąc mocno w sobie zakotwiczonym. Każdy człowiek kryje w sobie wiele aspektów piękna i za każdym razem ich odkrywanie, wydobywanie na światło dzienne, czasami z głębokich czeluści, wzbudza we mnie niepohamowaną radość i subtelny zachwyt. Nie ma ciekawszej książki niż ludzka twarz. Zmarszczki są jak pisana na skórze historia miłości, marzeń, pasji, radości i rozczarowań, wzlotów i upadków, nadziei i bólu, wykorzystanych i zmarnowanych szans. Wprost zaczytuję się w twarzach.

Zazwyczaj na wyprawy wybieraliśmy te kraje, które dają większe możliwości do eksplorowania, pełne dzikich zakątków, najlepiej z tajemnicami i nutą egzotyki, wyzwalające emocje i do tego ciekawe fotograficznie. Ale tak naprawdę każde miejsce jest pasjonujące, a wszystko zależy od sposobu patrzenia, doświadczania, ciekawości. Wciąż się słyszy, że w podróżowaniu warto doświadczać jak dziecko. Często zatrzymywać się nad małymi-wielkimi cudami. Zwolnić. Niektórzy, w tym nawet wytrawni podróżnicy, mówią: „Bornholm? – Przyjemnie, ale nuda”. A przecież sztuką jest umieć patrzeć na wszystko świeżym okiem, jakby po raz pierwszy, bez oczekiwań. No i cóż z tego, że tyle się już widziało, było w tylu miejscach na świecie? Co to znaczy dla pisarza czy dziennikarza przywieźć dobry materiał z podróży? Być może dla spragnionych mocnych bodźców, kadrów czy tematów to na pierwszy rzut oka sielankowe, spokojne miejsce, które nie zaskoczy czymś nowym czy nie wyzwoli pasjonujących tematów do opisania. Wszystko zależy od sposobu podróżowania, dokonywanych wyborów i wrażliwości. Tak jak wszędzie, i tu można spotkać nietuzinkowych ludzi, usłyszeć niesamowite historie, poznać sekret szczęśliwego życia przeciętnego Duńczyka i docenić szereg rzeczy, których w Polsce nie ma. A poza tym, tam, gdzie z pozoru nic się nie dzieje, właśnie dzieje się najwięcej. Pod powierzchnią „niczego” kryje się „wszystko”. To jak z uczuciem pustki podczas medytacji. Na Bornholmie nudy nie ma. Mam wrażenie, że czas upływa tutaj w wyjątkowy sposób. Tydzień to zdecydowanie za mało na to, żeby dobrze poznać wyspę. Nam udaje się zaledwie liznąć tego, co w niej wyjątkowe. Natknąć na szalonego Jespera – pasjonata oraz producenta whisky i wina, który codziennie poi coca-colą swoją ważącą już 450 kg świnię o imieniu „ØFFE” (to dźwięk, który wydają świenie, po duńsku!), poznać zjawiskową Lene – prowadzącą kozią farmę, która rozmawia ze swoimi ulubienicami. Zahaczyć o trzech braci prowadzących knajpkę w Allinge z możliwie najlepszymi lodami na wyspie. Przyroda daje tu odczucie głębokiego oddechu, miałam wrażenie jakby moje płuca były dwa razy bardziej pojemne. Architektura – harmonię, a ludzie – uśmiech i ukojenie.

Nie znałam wcześniej Skandynawii. Północ zawsze wydawała mi się zimna, mało przyjemna. A to właśnie tutaj, na jej przedsionku, doświadczyłam najwięcej prawdziwego ciepła. Z Bornholmu przywożę obraz nieskazitelnie czystego okna szeroko otwartego na świat i drugiego człowieka – metaforę duńskiej mentalności opartej na zaufaniu, szacunku, skromności i życzliwości. To też przestrzeń poszarpana skałami, bezkresem Bałtyku, otulona słońcem i malowniczymi przydomowymi wędzarniami, wokół których kręci się lokalne życie. Jak i wokół lodziarni, wytwórni cukierków i czekolady. Tych nigdy nie za wiele. Dzieci biegają tu na bosaka, a co drugi chłopiec to typ Emila ze Smalandii. No cóż, że on ze Szwecji. Uroda i łobuzowatość tego samego gatunku. Bornholmczycy inspirują hyggelingiem, który jest dla nich świętym czasem i sposobem na szczęśliwe życie. Żadnej firanki w oknie, uśmiechy na twarzach i olbrzymi imperatyw spędzania po pracy wspólnego czasu z rodziną i przyjaciółmi. Nie bez znaczenia, że dopiero teraz odkryłam Bornholm. Miała to być powolna, dojrzała podróż, z ideą zwiedzania „mniej znaczy więcej”. By dostrzec w drobnych gestach, spojrzeniach, tradycjach i niewymuszonej elegancji to, co stanowi o sile i wyjątkowości Duńczyków. Rodzinne podróżowanie kieruje się zupełnie innym rytmem. Uruchamia się dziecięca wrażliwość i uważność. I jest to bezcenne.

TRUDNY POCZĄTEK – ZANIM WYRUSZYMY

Tuż przed wyprawą ogarnął nas lęk, niepewność. W jednej chwili wszystko stało się nieważne oprócz jednego – zdrowia. Kilka dni przed wyjazdem Jaśmina wylądowała w szpitalu. Spędziła tam dwa dni w asyście Norberta. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Jako rodzice byliśmy oboje w stanie psychofizycznego zachwiania. Nagle się ZATRZYMALIŚMY. Taka stopklatka. I też razem mieliśmy świadomość, że to właśnie w tym zatrzymaniu zaczyna się nasza podróż. Bo tu nie o samą fizyczną drogę chodzi, ale o ten początek wyprawy w głowie. Jeszcze nie wyruszyliśmy, ale już pojawiła się w nas ogromna zmiana. Taka, że masz ochotę wszystko robić powoli, patrzeć uważniej, cieszyć się z każdego oddechu, bycia samemu czy z kimś w danej chwili, przeżywania. To takie łapanie chwili w pamięć, trwanie w niej, wywołujące wewnętrzny uśmiech i ciepło w brzuchu. Przypominam sobie jak niedawno Jaśmina przeprowadziła ze mną lekcję uważności. Poprosiła mnie o dwa migdałki – jeden dla siebie i drugi dla mnie. Dalej miałam zamknąć oczy i dokładnie zbadać palcami fakturę migdałka. „Ten akurat jest gładki, ale gdyby miał skórkę to trzeba byłoby ją obrać” – naprowadzała. Potem miałam dokładnie zbadać już w ustach jego fakturę. Wnikliwie. Spokojnie. Potem przegryźć na pół. Najpierw zobaczyć fakturę środka. Jego idealną gładkość. Potem powoli rozgryźć, ale tylko jedną połówkę. Bardzo powoli. A dopiero później mogłam zabrać się za drugą połowę. Uznałam to za piękne wspólne doświadczenie. Byłyśmy w nim absolutnie RAZEM.

Jeszcze bardziej zatęskniliśmy z Norbim za hygge, która ma przyświecać naszej przygodzie. Hygge to duńskie określenie na miłą, rodzinną atmosferę, poczucie wspólnoty. Trzeba tego pragnąć, nie przychodzi samo z siebie. Wiąże się ze świadomym wyborem, by cieszyć się najważniejszymi chwilami w życiu – tymi, które spędzamy z dziećmi, rodziną i przyjaciółmi – oraz doceniać ich znaczenie. To chwilowa rezygnacja ze swoich indywidualnych potrzeb w imię wspólnego rodzinnego dobra, tak aby napełnić czarki miłości wszystkich domowników i w tej jedności otrzymać to samo w zamian. Czystą radość w byciu razem.

To co nam się przydarzyło, skłoniło nas jeszcze bardziej do refleksji i rewizji wszelkich podróżniczych „oczekiwań”. Puściliśmy wszelkie mentalne wyobrażenia na temat tej wyprawy. Los chciał nam zagrać na nosie i niewiele zabrakło, a musielibyśmy odłożyć Bornholm na bardziej sprzyjający czas. Obiecaliśmy sobie, że – zgodnie z założeniami wyprawy – jak tylko nasza noga stanie na Bornholmie oddamy się bardzo powolnej eksploracji wyspy. Nawet jeśli przejedziemy zaledwie kilkanaście kilometrów to najważniejsze będzie to, w jaki sposób będziemy doświadczać wspólnej podróży – cieszyć się razem drobiazgami, mijanymi miejscami, swoim towarzystwem, pomysłami, spotkaniami z mieszkańcami, uczestnictwem w różnych imprezach, które podsunie nam Droga. To ma być sens naszej podróży. Co z tego wyniknie? Przeczytajcie. Przemyślenia skrystalizują się jednak DOPIERO, gdy dotrzemy na wyspę. WCZEŚNIEJ, w drodze, dostaniemy mocno po pośladkach.

DZIEŃ 1
POZNAŃ – SASSNITZ – RONNE

Z powodu nieprzewidzianych okoliczności przekładamy termin wyjazdu i dosłownie z dnia na dzień bukujemy prom. Domek w miejscowości Sandkås udostępniony nam przez firmę NOVASOL czeka na nas od dwóch dni. Będziemy próbować przedłużyć pobyt. Obserwujemy Jaśminę. Na szczęście wizyta kontrolna wykazuje, że wszystko jest w porządku. Uff, możemy jechać.

Totalnie niewyspani, wyzuci z energii po szpitalnych przejściach, bez śniadania, pakujemy się o 6:00 rano do samochodu i ruszamy do Sasstnitz. Mamy zaledwie pół godziny rezerwy, żeby zdążyć na prom. Na dodatek po godzinie jazdy orientuję się, że nie mamy paszportu Jaśminy. Dopada nas lekkie załamanie energetyczne, ale już po chwili szukamy rozwiązań. Z wewnętrzną determinacją Norbert dzwoni na infolinię przewoźnika w Sassnitz, czy wpuszczą nas na prom bez dokumentu jednej z córek. Odpowiedź brzmi, że wszystko zależy od tamtejszej policji. W międzyczasie przypominam sobie, że przecież mamy EKUZ Jaśminy – co prawda bez zdjęcia, ale dokument jest. Drugi telefon wykonujemy do policji w Ronne. Na prom z Niemiec zostaniemy wpuszczeni, ale nie mogą odpowiadać za późniejsze decyzje niemieckiej policji przy powrocie z Bornholmu. Oddychamy z ulgą, bo zamierzamy wracać do Świnoujścia. Tym sposobem już na wstępie wyprawy pozostawiamy ślad w rejestrze telefonicznym bornholmskiej policji. W Niemczech przy odprawie promowej małe zaskoczenie, młody mundurowy przeciąga w nieskończoność rozpatrywanie naszej sprawy, a na koniec nie obywa się bez upomnienia, żebyśmy następnym razem pamiętali o dokumentach. Wiadomo, ordnung musi być. Ta sama procedura czeka nas 10 metrów dalej przy budce policji duńskiej. Tu zaskoczenie jest zdecydowanie większe, bo liczyliśmy na to, że w systemie mają ślad naszego zgłoszenia w Ronne. Ostatecznie triumfalnie wjeżdżamy na prom. Przyświeca nam przy tym refleksja, czy po takich perturbacjach dane nam w ogóle będzie doświadczyć rodzinnego hygge? Kiedy skończą się te wszystkie przeciwności? Z drugiej strony – ostatecznie wszelkim perypetiom stawiliśmy wspólnie czoła.

Możliwości przepłynięcia promem z samochodem na Bornholm są dwie:

– ze Świnoujścia do Ronne: TT Line pływający tylko w sezonie letnim w soboty i Unity Line mający codzienne rejsy przez szwedzkie Ystad
oraz

– z portu niemieckiego Sassnitz (Bornholmerfaergen – 7 dni w tygodniu).

Bez samochodu można także wyruszyć z Kołobrzegu do Nexo statkiem pasażerskim „Jantar” (możliwość przewozu rowerów i motocykli). Nas interesuje opcja samochodowa z rowerami.

Ceny przewoźników są konkurencyjne, a bilety można zabukować spontanicznie, nawet w sezonie. My zrobiliśmy to dzień przed wyjazdem i dobrze się złożyło, bo bylibyśmy stratni rezerwując prom wcześniej. Mieliśmy płynąć sobotnim nocnym rejsem z TT-Line bezpośrednio do Ronne, jednak ze względu na okoliczności decydujemy się na poniedziałkowy dzienny kurs Bornholmerfaergena z Sassnitz. Dłuższa podróż lądem, ale płynie się zaledwie 3 godziny. Atutem tego promu jest to, że dzieci mają rejs bezpłatnie.

Ładując się na pokład jako jedni z ostatnich pasażerów napotykamy na brak wolnych foteli. Próbujemy zatem ulokować się na pokładzie 7 obok restauracji pośród miejsc przeznaczonych dla pasażerów z czworonogami. Pomysł zakotwiczenia z Halszką pośród nieprzewidywalnych piesków okazuje się zdecydowanie nietrafiony. Po pół godzinie jeden z nich zaczyna donośnie szczekać, co burzy niemowlęcy spokój. Zrywam się w poszukiwaniu bardziej komfortowego miejsca. Z radością odkrywam piętro wyżej kojącą i zaciszną przestrzeń z wygodnymi łóżkami. To dostępna dla wszystkich strefa relaksu, w której można nadrobić zaległości w drzemaniu nie wykupując kabiny. Sądząc po małej ilości ludzi niewielu pasażerów w ogóle wie o istnieniu takiej strefy. Po 5 godzinach jazdy samochodem w foteliku Halszka jest spragniona pozycji leżącej. Przeciąga się i cieszy, że w końcu może w zaciszu odpocząć od nadmiaru bodźców. Nareszcie oddychamy wszyscy pełną piersią. Odczuwamy tylko deficyt snu.

RONNE – SANDKÅS – HAMMERSHUS – SANDKÅS

Po 3 godzinach przeprawy promem dopływamy do Ronne. Pierwsze impresje: piękne światło, czysta forma, wiatr i słońce, uśmiechy na twarzach Bornholmczyków, mentalny luz i pełna swoboda. Wystarcza chwila, a już wyraźnie odczuwam rytm wyspy mocno zsynchronizowany ze światem natury. Wstępujemy jeszcze do informacji turystycznej i ruszamy drogą do Sandkås. Ze względu na Halszkę decydujemy się bazować w jednym miejscu i z niego robić eskapady rowerowe. Na pewno ciekawym rozwiązaniem byłaby wyprawa wokół wyspy z noclegami po drodze (103 km), włączając w to namioty, ale dbając o wygodę 4-miesięczniaka wolimy skorzystać z bardziej komfortowej opcji.

W Sandkås, jak wspominaliśmy, bazujemy w jednym z domków firmy NOVASOL, która zarządza siecią kwater w całej Europie, a na Bornholmie dysponuje szczególnie dużą ilością zakwaterowań – domków oraz apartamentów. Na wyposażeniu jest wszystko czego potrzebujemy – od akcesoriów kuchennych zaczynając, a na całym arsenale gier i kart kończąc. Jak się przekonamy te ostatnie są nieodzownym elementem krajobrazu duńskiej rodziny. Nie znam innego narodu, który tak bardzo lubi spędzać czas grając w planszówki. Tak jak nocna szafka w każdym, nawet podrzędnym, moteliku amerykańskim kryje Biblię, tak tutaj w niezbędniku apartamentowym znajduje się komplet gier.

Gry przekładamy na wieczór, a tymczasem ruszamy na rekonesans okolicy. Jeszcze dzisiaj podczas spaceru poznajemy egzotyczną mieszankę skandynawsko-śródziemnomorskiego klimatu. Bałtyk – niby ten sam co u nas, a jednak dużo czystszy, ze skalistym wybrzeżem jest o niebo ciekawszy. Zachwycam się niezliczoną ilością krzewów dzikiej róży, wrzosami, paprociami i całą bornholmską florą. „Mamo, tu mógłby być idealny zakątek dla skrzatów” – woła Jaśmina. Przystajemy w bajkowym zakątku, wdychamy zapach ziemi i małego rwącego potoku. Z Halszką w chuście zbieram bukiet z polnych kwiatów, mijam roześmiane wielopokoleniowe duńskie rodziny. Coraz większy chłód bije od ziemi i wody, ale tutejszym dzieciom to zupełnie nie przeszkadza. Biegają na bosaka. Jakie to mądre – są w nieustannym kontakcie z naturą. Zahartowane. Instynktownie wiedzą, z jakiego źródła czerpać siłę i szczęście. W drodze powrotnej mijamy jeszcze najbliższą – zamkniętą już – kawiarnię. Obok niej stoją leżaki, kaszorki i łuki ze strzałami. Dzieci na Bornholmie są zawsze na pierwszym planie. Duńczycy bardzo inwestują w szczęśliwe dzieciństwo swoich pociech, bo są świadomi, że dzięki temu budują szczęśliwe społeczeństwo. Tak powinno być wszędzie na świecie.

Na zachód słońca jedziemy na krótką przejażdżkę do twierdzy Hammershus, której pozostałości są największym w Skandynawii zespołem średniowiecznych ruin. To od nas zaledwie pół godziny drogi. Rowery, piękne widoki, cisza, spokój i błogość – nareszcie jesteśmy w swoim żywiole!

Pedałując po trudach całego dnia i ostatniego weekendu marzymy już tylko o tym, żeby owinąć się ciepłym kocem, napić gorącej herbaty i pohyggować.

DZIEŃ 2
SANDKÅS – GUDHJEM – SANDKÅS (30 km)

Ledwo otwieram oczy, a już gdzieś na pograniczu snu i jawy doświadczam duńskiego stylu życia. Za otwartym oknem budzą mnie sąsiedzi, a konkretnie głośna, roześmiana, buszująca na bosaka po trawie gromadka dzieci. Grają w piłkę, puszczają bańki mydlane i są całkowicie zanurzone w swoim świecie. Póki nasza dziatwa śpi lokujemy się na tarasie. Jest moment na spokojne popijanie kawy z włoskiej kawiarki, którą zawsze staramy się zabierać w podróż, delektowanie się widokiem na Bałtyk i obserwację duńskiego poranka. Przy 4-miesięcznym i 8-letnim dziecku taki komfort wolnego czasu we dwoje to rzadki rarytas. Akcja przybiera na tempie, gdy do rozbrykanej ekipy dołącza dwudziestokilkulatek – też z bosymi stopami i rozwichrzoną blond fryzurą, z uśmiechem zdradzającym pogodne usposobienie. Jak piłeczka pingpongowa oddaje się spontanicznej zabawie, tańczy z nogi na nogę, przygrywa na ukulele i śpiewa ułożoną na poczekaniu piosenkę, którą rozbawia całą ferajnę. Zjawiskowy wodzirej. Czy na Bornholmie to norma? Dokładnie tak wyobrażałam sobie skandynawskie dzieciństwo, wyrwane wprost z książek Astrid Lingred. Przez głowę świta mi pomysł, żeby do nich dołączyć i dać się porwać szalonej zabawie, ale ostatecznie wybieram spokojną obserwację. Jeszcze nie jestem w najlepszej formie po ostatnich doświadczeniach.

Po śniadaniu szykujemy nasze dwukołowce, przyczepkę rowerową Hamaxa, instalujemy wkładkę dla Halszki i przystępujemy do realizacji pierwszego etapu wyprawy obierając na cel Gudhjem – znane jako miasteczko artystów. Wcześniej jeszcze robię półgodzinny jogging po okolicy. Jestem zachwycona naszym „mercedesikiem”, także w wersji biegowej. Halszka, podobnie jak ja, pokochała swoją karocę już od pierwszych chwil. Z takim sprzętem mam świadomość nieograniczonych możliwości aktywnego spędzania czasu z małym dzieckiem. Podczas biegania czuję wolność i radość, w głowie rozkwita mnóstwo pomysłów, wzrasta poziom energii życiowej, a ciało i umysł się oczyszcza. Podobnie mam, gdy wskakuję na rower. Jest coś niesamowitego w akcie przemieszczania się.

Odległości na Bornholmie są naprawdę niewielkie, więc można tutaj pozwolić sobie na niespieszne pedałowanie. Czeka nas dzisiaj zaledwie 30 km, niby niedużo, ale chcąc przystawać częściej z dziećmi w drodze, może okazać się, że wrócimy późnym wieczorem. Idealny dzień na podróż. Słońce świeci jak na Majorce, wiatr przyjemnie orzeźwia. Jaśmina pakuje do mojej sakwy akwarelki i pędzle komentując: „Tak na wszelki wypadek. W końcu zapowiada się bardzo inspirujący dzień”. No tak, zatrzymamy się Muzeum Sztuki Bornholmskiej (Bornholms Kunstmuseum) w Helligdommen. Wyspa, ze względu na duży stopień nasłonecznienia i wyjątkową grę światła, przyciąga wielu artystów, a wśród nich głównie malarzy. Sztuka jest tu obecna na każdym kroku – huty szkła, pracownie ceramiczne, galerie kuszą pięknymi wytworami rąk ludzkich. W muzeum zabawiamy aż 3 godziny. Znajdują się tutaj głównie prace z bornholmskiej szkoły malarskiej. Mamy szczęście, bo Jaśmina lubi w takich miejscach szukać dla siebie inspiracji, dyskutować, interpretować obrazy. Halszka zasypia w chuście. Odczuwamy pełen komfort zwiedzania.

W dalszych kilometrach mijamy największy młyn wiatrowy na wyspie i w Gudhjem – zwanym „skandynawskim Capri” – kierujemy się do pierwszej profesjonalnej wędzarni śledzi wybudowanej na Bornholmie – Gudhjem Røgeri. Głodni po rowerowej przejażdżce, krążymy wokół bufetu rybnego ulokowanego na łodzi w środku wędzarni, by w końcu zamówić słynnego, klasycznego bornholma („Sol over Gudhjem” – „słońce nad Gudhjem”), czyli śledzia wędzonego na gorąco wyjętego prosto z pieca, z surowym żółtkiem, szczypiorkiem, kawałkiem razowego chleba i solą. To numer jeden wyspiarskiego menu. W małych osadach i miasteczkach wzdłuż wybrzeża pełno jest przydomowych wędzarni. Duńczycy lubią prostą kuchnię, ale najwyższej jakości. Prawie każde miasteczko słynie ze swojego specjalnego produktu – wino z Pedersker, piwo i makarony ze Svaneke, wędzona szynka i kiełbasy z Lille Hallegård w Østermarie, olej rzepakowy, mąka i krakersy z Aakirkeby, światowej sławy sery z mleczarni w Klemensker, bornholmska musztarda z Nexø. Potrawy chętnie doprawiane są czosnkiem niedźwiedzim pochodzącym z bornholmskich lasów i dolin rzecznych. Ciekawostką jest, że na wielu tutejszych plażach rośnie plażowa musztarda – ma różowe kwiatki i smak faktycznie musztardy lub kapusty. Podobno jest świetna do potraw z jajek. Trzeba będzie ją wytropić.

Po Gudhjem nie wolno poruszać się na rowerze po ulicach biegnących w dół portu. Prowadzimy więc nasze wehikuły zaglądając do licznych tutaj galerii sztuki i pracowni artystów. Oglądamy domy o szachulcowej architekturze, których jest tutaj pełno. Natomiast coraz bardziej uwagę naszą przykuwa przybierający na liczbie tłum ludzi ubranych na sportowo. Czyżby rozgrywały się dzisiaj jakieś zawody? Podążamy za tym impulsem i idziemy zasięgnąć języka do biura organizacyjnego. O 19:00 odbędzie się impreza biegowa Soft Ice Iøbet. Coś dla nas! Pytamy o warunki uczestnictwa. Trasa w kategorii biegu dla dorosłych wyznaczona jest na 6,9 km. Co za pech, okazuje się, że nijak nie możemy wystartować z przyczepką ze względu na wąski gdzieniegdzie tor biegowy. Chcemy przekonać organizatorów, że damy radę, ale są nieugięci. W grę wchodzi jedynie udział Jaśminy w zawodach. Oczywiście łapie tę przygodę i biegnie dla zabawy z duńskimi dziećmi pokonując dystans 1,3 km. Parkujemy „mercedesa” przy porcie, pakuję Halszkę w nosidło i idziemy kibicować Jaśminie. Obiecuje nam, że pobiegnie spokojnym tempem, nie może się forsować. W końcu to tylko zabawa. W nagrodę dostaje kupon na słynne lody Krølle-Bølle nazwane tak od zamieszkującego wyspę trolla, które produkowane są według starego przepisu i Bechchocolade – domowy krem z czekolady przypominający smakiem nasze polskie „lody na ciepło”.

Jeśli chodzi o sportowe przygody na Bornholmie to ciekawy musi być pięciodniowy maraton (Etape Bornholm), który odbywa się etapami w dniach 26-30.07. w różnych miejscach Bornhomu – w lesie i mieście w otoczeniu Hasle Røgeri (10 km), na plaży w pobliżu latarni w Dueodde (5,8 km), w lesie w Almindingen (7,9 km), w górach w okolicach Hammerhavnen (8,5 km) i w mieście z Rønne stadion Nord (10 km). Równolegle odbywa się 3-dniowy półmaraton dla dzieci i odrębny dla młodzieży. Myślę, że udział w takim wydarzeniu to doskonała okazja na poznanie wyspy z innej perspektywy i nawiązanie sympatycznych znajomości. Może następnym razem.

Na zachód słońca lokujemy się na wzniesieniu Bokul, z którego widać całe Gudhjem. Miejsce z klimatem. Roztacza się stąd widok na ogrody pełne figowców i morw, Bałtyk i archipelag Ertholmerne. Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć instaxem i jesteśmy gotowi na chłonięcie atmosfery tego miejsca.

Jaśmina wyciąga z sakwy swoją przenośną paletkę z akwarelkami i na wzór tutejszych artystów maluje pejzaże. Jest w swoim żywiole. To jest to, co kocha robić najbardziej. Błogi relaks po atrakcjach dnia. Czas sączy się powoli. Nikt nie ma najmniejszej ochoty stąd się ruszać. Halszka cudownie z nami współpracuje, dostosowuje się bez problemu do naszego rytmu podróży. Wszystkie potrzeby ma zaspokojone – karmienie, sen, suchą pieluchę, zabawę i bliskość rodziców. Jest nam tak dobrze, że na rowery wskakujemy dużo później niż powinniśmy. Mija pół godziny, a my pedałujemy już w ciemnościach. Robi się trochę zimno. I tylko snute przez nas opowieści z dzieciństwa sprawiają, że Jaśmina pokonuje znużenie i dociera do naszej bazy noclegowej. Halszka błogo śpi sobie w przyczepce. Jest jej tam ciepło i myślę, że przyjemnie. Wracając do Sandkås wieczorową porą przekonujemy się na własnej skórze, dlaczego Duńczycy tak kochają przytulne koce, miękkie poduchy, ciepłe swetry i grube skarpety, a domki są pełne latarenek i miłych bibelotów. Nie ma jak wrócić w taką zimnicę do przytulnego domu. Sunąc rowerem po zmierzchu marzymy tylko o ciepłym wnętrzu, kubku z herbatą, wtuleniu się w koc i w siebie nawzajem.

To był dobry dzień. Mieszanka sportu, sztuki i natury jak zawsze doskonała. Oczyszcza, wzmacnia i inspiruje.

DZIEŃ 3
MELSTED – SVANEKE – MELSTED (19 km + 11 km)

Dziś dokonujemy „niemożliwego”. Zamiast spać tak długo jak to możliwe przy 4-miesięczniaku, zrywamy się z łóżek na wschód słońca. Wychodzimy przed nasz novasolowy domek z kawą i kocykiem po to, by w ciszy powitać złotą kulę wynurzającą się z Bałtyku.

Ranek ciągnie się u nas do południa. Rowery cierpliwie czekają, a nam przychodzi chętka na pykanie w badmintona, puszczanie z Jaśminą latawca, kopanie piłki i wszelkie inne gierki-skrabelki. Totalny luz.

Rowerówkę zaczynamy dopiero po lunchu. Od Melsted – pierwszego miasteczka na południe zaraz za Gudhjem, do którego podjeżdżamy z całym terenowym majdanem. Na początek zwiedzamy najbardziej znaną na wyspie hutę szkła – Baltic Sea Glass. Znajduje się tu galeria przepięknych szklanych wyrobów inspirowanych światem natury – motywem przewodnim są liście, muszle, fale morskie, piórka czy plastry miodu. Karafki, kieliszki, małe wazoniki, patery urzekają kolorem, doskonałymi odcieniami, maestrią wykonania. Można przysiąść i poprzyglądać się rzemieślnikom dmuchającym szkło. Pracują 4 dni w tygodniu po 7,5 godzin – to zwyczajowa norma pracy Duńczyków. Średnio wykonują do 100 sztuk szklanych wyrobów zgodnie z planem pracy, ale gdy eksperymentują z kolorem przy tworzeniu nowych wzorów powstaje ich dużo mniej – ok. 35 sztuk. Oczywiście ten artystyczny, a nie produkcyjny aspekt pracy w hucie najbardziej satysfakcjonuje. Praca w tak wysokiej temperaturze sprawia, że pracownicy w 1,5 godziny tracą aż ponad 1200 kalorii. Muszą w tym czasie obowiązkowo wypić 2 litry wody, żeby uniknąć odwodnienia. Przy odrobinie szczęścia można tu załapać się na pokaz dmuchania szkła w wykonaniu samych artystów – właścicieli huty.

Stąd jedziemy, ale już rowerami, 14 km do Svaneke – cukierkowo-czekoladowego raju. Wcześniej jednak odbijamy od wybrzeża i skręcamy w głąb wyspy, aby dotrzeć do Østerlars. Całkiem blisko znajduje się też popularne Bornholmskie Centrum Średniowiecza (Bornholms Middeladecenter), gdzie dzieci mogą zapoznać się z życiem średniowiecznego miasteczka, przyjrzeć się pracy kowala, kobiety przygotowującej posiłek, łuczników i rycerzy ćwiczących swoje umiejętności. Można przebrać się w stroje z epoki, spróbować ulepić coś z gliny.

Wiele razy uczestniczyliśmy w takich średniowiecznych festynach, więc zgodnie uznajemy, że ciekawsza dla nas będzie kozia farma – Lykkelund Gedemejeri. Zupełnie niepozorne miejsce, do którego mało kto turystycznie zagląda. Jeszcze niewypromowane, bo jak się okazuje została otwarta dopiero w tym sezonie, zaledwie 3 tygodnie temu. Przed sklepikiem farmerskim pustki. W oddali widać pasące się kózki. Tak, uwielbiamy takie miejsca! Na początek po indiańsku bawimy się w tropienie właściciela. Chcemy zasięgnąć języka u koziego wodza. Czy to jedyna kozia farma na wyspie? Ile kóz liczy stado? Jak wygląda tutejsza koziarnia? I ciekawość Jaśminy – „Ile lat ma najstarsza i najmłodsza koza?”. Nawet Halszka po otrzymaniu porcji mleka wykazuje zainteresowanie tematem. Mamy na oku nareszcie przywódczynię koziej załogi. Lene Schrøder zaprasza nas do stolika i proponuje na wstępie lody na bazie koziego mleka. Chętnie! Są przepyszne, takie naturalne. W repertuarze jest 10 smaków do wyboru.

Lene urzeka serdecznością. Widać, że kocha te swoje kozy. Nawet na szyi dynda jej medalik z kózką. Farmę założyła wraz ze swoją partnerką życiową. Od 25 lat jest weterynarzem, więc praca ze zwierzętami to jej prawdziwa pasja. Na wyspie nikt nie ma doświadczenia w prowadzeniu takiej poważnej koziej farmy, ludzie hodują po kilka sztuk jako hobby. Musiała więc bazować w pełni na swoich umiejętnościach, przeczytanych książkach, zdobytej na kursach wiedzy. Otrzymała dofinansowanie ze środków unijnych, a kozy kupiła od wyspiarskich hobbystów. Ma ich 35, większość młodych, które jeszcze nie dają mleka, zaledwie 1 litr dziennie. To mało, spodziewa się w przyszłości 2 litrów. Z 35 litrów codziennej porcji mleka produkuje 5 rodzajów przepysznych serów, lody i serowe ciastka. Patrząc na miłe kozie stadko spoglądające na nas w oddali kupujemy Red-surfaced cheese – ulubiony ser Lene. A że jesteśmy ciekawi jeszcze koziarni wchodzimy tam za przyzwoleniem i pod okiem właścicielki. Robimy to w idealnym momencie, bo wprawdzie początkowo jest zupełnie pusta, ale nagle wpada tu cały tabun kóz z pobliskiej łąki! Norbert łapie za aparat, jest akcja! Chodzimy między kozami. Najstarsza ma 5 lat, a najmłodsza kilka miesięcy – jak Halszka. Sadowię ją na kozła, bosymi stópkami doświadcza jego ciepła i miękkości sierści. Minę ma trochę zaskoczoną, ale nie stawia oporu. Jaśmina jest w swoim żywiole, tuli się do zwierząt, mówi do nich czule.

Gdy wjeżdżamy rowerami na łąkę Lene nawołuje swoje stado, żeby do nas przyszło. Obserwujemy tę przedziwną rozmowę z kozami. Coś niesamowitego! Ona pokrzykuje, one jej odpowiadają. Przekomarzają się. Dyskutują. Dałabym głowę, że podają swoje kozie argumenty. Trochę im się nie chce, albo są nieufne. W każdym razie mają wątpliwości, żeby podejść do rowerów. Jednak Lene ma na nie nieodparty wpływ. W końcu jedna z nich idzie, za nią kolejna, a potem już biegnie do nas całe stado! Są ciekawe wszystkiego. Pękamy ze śmiechu. Fantastyczne chwile, które długo jeszcze będziemy wspominać.

Po tej koziej przygodzie, jedziemy do Østerlars, gdzie znajduje się najstarszy i największy z czterech okrągłych, rotundowych kościołów na Bornhomie, zwany św. Laurentiusem. Kościoły zbudowano we wczesnym średniowieczu. Były one wznoszone w celach obronnych, jako miejsca schronienia, kiedy na Bornholm napadali piraci, głównie Wenedowie. Pełniły także funkcję magazynowania różnych rzeczy. Były przystankiem w podróży dla wypraw krzyżowych. Mało tego, Erling Haagensen – pisarz z Gudhjem –twierdzi, że bornholmskie kościoły zbudowane na podstawie koła mogą skrywać tajemnicę skarbu templariuszy. To dopiero ciekawostka! Całość skarbu obejmuje podobno 180 ton złota i stare archiwum, liczące ok. 3 tysiące lat. Według tej teorii w 1100 roku kościoły te zbudowano jako obserwatorium astronomiczne, które pozwalało zmierzyć obwód kuli ziemskiej, jej wielkość i formę. W murach umieszczono specjalne otwory zgodne z torem słońca. Papież zadanie obserwacji powierzył templariuszom, ponieważ ówcześni chłopi bornholmscy nie mogli temu sprostać. Zakon został rozwiązany w 1312 roku, pozostawiając aż do dzisiaj tajemnicę ukrycia skarbu. Teoria ta stała się inspiracją do powstania filmu dla dzieci i młodzieży, który sugeruje, że skarb leży schowany w długiej na 10 metrów komorze pod podłogą Østerlars Kirke. Najdziwniejsze jest to, że nikt dotychczas nie odważył się otworzyć tej komory, której istnienie udokumentowano. Aż się prosi, żeby to zrobić. Kto jak nie my? ;)

Jedziemy dalej w stronę słońca. Mieszkańcy Svaneke to wyjątkowi szczęściarze. Mogą pochwalić się największą liczbą słonecznych godzin w Danii. Już wjechawszy ledwo co do tej mieściny czujemy wyjątkową, małomiasteczkową atmosferę. W porcie miejscowych rozbawia kapela, która – jak się domyślamy – śpiewa duńskie przyśpiewki. Co rusz ktoś wybucha śmiechem, a ulicznemu graniu towarzyszy koniecznie interakcja z publicznością. Jak tu wesoło! Dzieciaki biegają po nadbrzeżnych skałkach. Jaśmina do nich dołącza.

Przystajemy na dłuższą chwilę chłonąc klimat i karmiąc dziecię w tych pięknych okolicznościach, po czym kierujemy się do wytwórni cukierków Svaneke Balcher. Czekamy z innymi ciekawskimi chcącymi przyjrzeć się procesowi produkcji cukierków. Okazuje się on dużo bardziej pracochłonny niż nam się pierwotnie wydawało, pomimo tego, że część roboty wykonują maszyny. Na blachę idą dwa smaki ciągnącej się masy – waniliowy i morelowy. Ilość siły włożonej w ręczne wyrabianie cukierków jest ogromna. Dosłownie pot leje się z czoła dwóch dość dobrze zbudowanych mężczyzn. Trzeba mieć naprawdę silną rękę do przerzucania takiej ilości masy, najlepiej jeszcze wspieraną radością płynącą z misji osładzania innym życia. Nawet Halszka zerka z ciekawością na to, co się wokół dzieje. W sklepiku spędzamy chyba pół godziny wybierając kompozycję z ulubionymi smakami cukierasów. Oj, można poczuć w sobie dzieciaka.

Dalej przenosimy się w świat fabryki czekolady, a tuż przy porcie zahaczamy o pokaz produkcji karmelków. Jednak największą atrakcją dla Jaśminy są warsztaty z tworzenia szklanych witraży. Spędzamy tu aż 2 godziny, ale to ogromna radość widzieć jej błyszczące oczy, gdy opuszcza sklep z poczuciem spełnienia. Trzy razy zmieniała koncepcję pracy, aż w końcu osiągnęła satysfakcjonującą ją formę. Projekt był całkowicie jej autorstwa (nie według wzoru – to dla niej istotne). Taka możliwość skomponowania własnego dzieła z kolorowych szkiełek to duża atrakcja dla dziecka lubiącego artystyczne działania. Jednak końcowy efekt widoczny będzie dopiero po 18 godzinach. Tyle trwa proces topienia szkła.

Prosto z warsztatów idziemy dalej uliczką Braenderigaenget. Żałujemy, że omija nas tu tradycyjna gra z kurą, która odbywa się w soboty o 13:00 i w środy o 19:00. Jej reguły są kosmicznie ludyczne. Polega ona na tym, że kura biega po ponumerowanych polach, a zebrani wokół uczestnicy gry robią zakłady (najmniejsza stawka wynosi 10 koron), na którym poletku się wypróżni. Może niedobrze jest stroić sobie żarty z kury, ale rozgrywki są zabawne i emocjonujące. Jaśmina nie ukrywa rozczarowania brakiem widoku ganiającej po planszy kury. Myślę, że Halszka też chętnie popatrzyłaby na kokoszkę w akcji. Na tej samej ulicy zaglądamy do Huty Pernille Büllow, gdzie przez chwilę obserwujemy pokaz procesu wytwarzania szkła.

Tuż obok mieści się sklepik ze słodyczami z lukrecji Lakrids. Niektórzy nie cierpią jej charakterystycznego smaku. Przypominamy sobie z Norbim żelki Misie o różnych smakach. Te czarne, właśnie o smaku lukrecji, zawsze odkładaliśmy na koniec. Degustujemy kulki oprószone kakao z warstwą lukrową o smaku morelowym i limonkowym oraz lody z lukrecji – jak dla mnie pycha! Chyba po latach dojrzałam do tego przedziwnego smaku.

Lunch, w postaci przygotowanego rano leczo, sałatki greckiej i naleśników, serwujemy sobie tuż obok jednego z charakterystycznych miejsc w Svaneke – drzewa z budkami dla ptaków. Jest idealnie, słonecznie. Jedziemy jeszcze zobaczyć latarnię (Svaneke Fyr). Akurat trafiamy na wielką studencką imprezę. Co roku studenci przyjeżdżają tutaj z Kopenhagi i świętują, wcześniej rozgrywając mecz w siatkówkę. Wracając do Melsted po zachodzie słońca mijamy po drodze imprezę koncertową Svaneke Havnefest. Grają Charlotte Vigels Time Machine. Bawią się całe rodziny.

DZIEŃ 4
SANDKAS – ALLINGE – HASLE (30 km)

Od rana dobre wieści. Udaje nam się przedłużyć pobyt w NOVASOLU o 2 dni. Czasami jest to trudne, ponieważ domki w sezonie wynajmowane są z reguły w trybie tygodniowym. Mamy zatem szczęście. Postanawiamy dziś ruszyć na północ, poznać trochę inną melodię krajobrazu wyspy. Zaczynamy od Allinge, by przyjrzeć się malowidłom naskalnym Madsebakke. To jeden z najważniejszych w krajach nordyckich obszarów z rytami naskalnymi z epoki brązu. Przy jednych ze skał z malowidłami spotykamy duńską mamę z dwójką dzieci. Maluchy instynktownie zdejmują buty i biegają boso po nagrzanej wielkiej skale przykładając własne stopy do tych namalowanych sprzed tysięcy lat. W końcu jest to święte miejsce. Każdy kamień z rytami skalnymi miał swoją opowieść. Stykamy się tu z ważną historycznie dla krajów skandynawskich symboliką, której centralnym motywem jest okręt. To był okręt szczególny, bo słoneczny, który zapewniał nieustanną wędrówkę Słońca. W pobliżu Allinge i Sandvig znaleziono ponad 100 przedstawień okrętów. W Madsebakke znajduje się również wiele innych świętych figur, takich jak ryty dołkowate, ślady stóp, koła oraz krzyże wpisane w koło. Co ciekawe, w epoce brązu skały z rytami naskalnymi otaczały najżyźniejszą glebę. Spacerujemy po tym wyjątkowym miejscu, ciesząc się ciepłem skał i soczystą zielenią trawy.

Pomimo miłego klimatu Allinge, który za kilka dni podkręcony jeszcze zostanie jazzem (12-18.07. odbywa się Allinge Jazz Festival), na popołudniową kawę wybieramy położone dalej na północ Sandvig.

Koloryt tego miasteczka tworzą domki o drewnianej konstrukcji wypełnionej gliną, kameralny port, wędzarnia, dzieci skaczące po nabrzeżnych skałach, dwumetrowe malwy i chyba najlepsze na wyspie lody. Sercem tego miasteczka zdaje się być właśnie rodzinna kawiarnia z lodziarnią. Przykuwa naszą uwagę ilością zgromadzonych tu ludzi, architekturą, bliskim sąsiedztwem z morzem i uroczą przestrzenią na zabawę dla dzieci. Z przyjemnością wdajemy się w pogawędkę z trzema braćmi prowadzącymi to wyjątkowe miejsce.

Najmłodszy z nich Karl (16 lat), który za 2 miesiące wyprowadza się do Kopenhagi, opowiada nam o ogólnej tendencji panującej na duńskich wyspach. – „Najczęściej młodzi ludzie wyjeżdżają na studia do Kopenhagi. Tam pracują, korzystają z życia i dopiero ok. 40-tki, kiedy założą rodzinę i trochę się ustatkują, wracają na wyspę. Wyjeżdżając do Kopenhagi najbardziej tęsknią za tym, że wszyscy się tutaj znają, patrzą sobie prosto w oczy, ufają nawzajem. A tam, jak w każdym dużym mieście, każdy zajęty jest sobą”. Bracia wraz z mamą, która kocha wypieki, założyli ten rodzinny interes 3 lata temu. Mieli ogromne szczęście, bo uzyskali zgodę na budowę lodziarni tuż nad samym brzegiem morza, co w zasadzie się nie zdarza. To stanowi o mocy tego miejsca; to i niebiański smak lodów. Zamawiamy gałkę o intrygującej nazwie A38 – na bazie jogurtu duńskiego oraz drugą, ogórkową. Pychota. Oprócz tego chłopcy organizują wycieczki łodzią wzdłuż brzegu powiązane z opowieściami o ekosystemie wyspy. – „Chcecie jutro płynąć z nami? Wyruszamy o 6:00 rano”. Jak zwykle przygoda kusi, jednak pomyślałam o zbieraniu z łóżek dzieci o 5 rano i skapitulowałam. Niezwykłym doświadczeniem byłoby poznać Bornholm od strony morza i linii brzegowej. Zobaczyć z innej perspektywy charakterystyczne kominy wędzarni, białe plaże, malownicze skały, sielskie porty rybackie. Ale wszystko jeszcze przed nami.

Krzątamy się jeszcze po plaży przy lodziarni. Całe rodziny celebrują tu wspólne chwile. Patrzą w morze, liżą lody, bawią się z dziećmi, tak po prostu celebrują czas. Z Bornholmczyków emanuje niesamowity spokój, łagodność i zaufanie. W Danii bardzo istotną wartością jest pokora – na tyle dobrze wiedzą, kim są, że nie potrzebują, aby inni utwierdzali ich w tym, jak bardzo są ważni. Wiąże się to bezpośrednio z wychowaniem. Ważne jest oszczędzanie swoim dzieciom nadmiaru komplementów. Duńskie podejście skupia się na zadaniu, a nie na nadmiernym komplementowaniu dziecka. Lepiej pomóc rozwinąć poczucie, że jest w stanie mistrzowsko opanować daną umiejętność dzięki swojej pracy, niż wyrabiać w nim przekonanie, że już jest mistrzem. Sprzyja to kształtowaniu wewnętrznej siły i odporności, uczy pokory.

Podoba mi się też ich cecha narodowa jaką jest realistyczny optymizm. Coś dokładnie w moim stylu. Duńczycy odfiltrowują niepotrzebne negatywne informacje. Uczą się ignorować negatywne słowa i zdarzenia, wyrabiają w sobie nawyk interpretowania sytuacji niejednoznacznych w pozytywny sposób. Nic nie jest dla nic złe albo dobre, czarne albo białe – operują odcieniami. To zmniejsza w nich niepokój i zwiększa dobre samopoczucie. Duńczycy uczą się już od wczesnego dzieciństwa znajdować coś pozytywnego w danej sytuacji, wychodzić ze stereotypu. Nie udają, że negatywne strony życia nie istnieją, ale wskazują w sposób dość rzeczowy, że jest też druga strona medalu. Z wyboru koncentrują się na tym, co dobre w ludziach, a nie na tym, co złe.

A duńskie dzieci? Myśląc o nich spotykam się wzrokiem i uśmiechem z piękną kobietą, która trzyma niemowlę w podobnym wieku co Halszka. Czuję z nią jedność w miłości macierzyńskiej, „sekretne” porozumienie. Podchodzę bliżej i wdaję się w krótką rozmowę o wychowywaniu dzieci w Danii i w Polsce. Intryguje mnie to, że Duńczycy od ponad 40 lat z rzędu zajmują pierwsze miejsce na listach szczęśliwości. I coś w tym jest, bo na Bornholmie widzimy same szczęśliwe, spokojne, dobrze wychowane dzieci i zrelaksowanych, nigdzie nie spieszących się rodziców. Gdziekolwiek pojawiają się rodziny z dziećmi to towarzyszy im swobodna zabawa, uśmiech i radość ze wspólnie spędzanego czasu. Duńczycy bardzo dużą wagę przykładają do spontanicznej zabawy dzieci, która uczy ich spokoju, odporności psychicznej, umiejętności adaptacji w obliczu trudności, radzenia sobie ze stresem. Okazuje się, że mniej istotne są dla nich zajęcia dodatkowe wspierające edukację dziecka, ale to, co jest fundamentem, czyli uspołecznienie, niezależność, poczucie spójności i własnej wartości. Umiejętności życiowe i rozwijanie wewnętrznego źródła motywacji stawiane są na pierwszym miejscu. Ważne jest, żeby dzieci miały dużo przestrzeni i zaufanie, tak aby samodzielnie zapanować nad różnymi sprawami i je rozwiązywać, uczyć polegania na samych sobie. Obce jest im podejście do wykonywania zadań tylko po to, żeby coś osiągnąć i zyskać aprobatę nauczycieli czy rodziców. Najważniejszy jest imperatyw wewnętrzny u dziecka, odnalezienie własnego źródła motywacji, bo ma to wpływ na późniejsze poczucie kontroli nad swoim życiem i zdarzeniami. Dziecko, które wychowuje się w duchu swobodnej zabawy, bez wywierania nacisków na zdobywanie nowych sprawności, czuje w sobie większą moc sprawczą i ma większą świadomość, że wiele w swoim życiu może zmienić bez względu na otoczenie. W Danii rodzice starają się nie interweniować w zabawę dziecka chyba, że jest to absolutnie konieczne. Bardzo ufają swoim dzieciom dając im dużo przestrzeni. Zwiększają przez to poczucie ich własnej wartości. Grunt, żeby miało możliwość eksperymentowania. W Polsce są przedszkola i szkoły, które stawiają na takie wychowanie dziecka. Tak jak wiele duńskich szkół wprowadza programy promujące swobodną zabawę w grupach zróżnicowanych wiekowo, tak i u nas np. przedszkola waldorfskie mają grupy składające się z dzieci w wieku od 3 do 6 lat. To rozwija umiejętności społeczne i samokontrolę. Młodsze dzieci są wprowadzane do zabawy przez starsze i obejmowane przez nie naturalną opieką, jak to się dzieje między rodzeństwem. Sama obserwowałam ten mechanizm funkcjonowania przez 3 lata aktywności przedszkolnej Jaśminy i uważam, że ma to bardzo korzystny wpływ na rozwój dzieci. Być może dzięki temu, pomimo 8-letniej różnicy wieku, Jaśmina tak doskonale potrafi opiekować się i bawić ze swoją siostrą. Podoba mi się także szczerość Duńczyków wobec dzieci. Uważają oni, że powinno rozmawiać się o tragediach i przykrych wydarzeniach, bo cierpienia uczą więcej niż sukcesy. Podkreślają to, żeby przyglądać się wszystkim stronom życia, bo jest to bardziej autentyczne, rozwijające empatię. Pomaga też odczuwać wdzięczność za zwykłe codzienne sytuacje, które wydają się czasami takie oczywiste. Baśnie Andersena często nie kończą się happy endem. Dzieci muszą zmierzyć się z niekomfortowymi tematami, które są częścią naszego życia. Duże znaczenie dla rozwoju dziecka ma rodzinna atmosfera. Dla Duńczyków ciepłe i piękne wspólne doświadczanie jest najwyższym celem, jest wspaniałym przykładem do przekazania dzieciom. Nad własne „ja” stawiają „my” i harmonię w rodzinie. I to jest piękne. Po prostu hygge.

Tę niezwykłą chwilę w Sandvig zabieram ze sobą.

Jedziemy dalej – przybrzeżna droga z Teglkås do Hasle ma surowy, skandynawski klimat. Czuć tu rybą w bałtyckich głębinach, zawiewa chłodem. Mijamy urocze, małe porty i piękne budynki przydomowych wędzarni.

To co Jaśmina najbardziej lubi w rowerowych wędrówkach to rozmowy, bajanie na różne tematy. „Mamo, opowiedz jakąś historię…”, a zaraz po tym, gdy nasyci się moimi wspominkami ruchem skoczka szachowego przeskakuje do taty po kolejną dawkę. Wtedy tworzy się najpiękniejsza melodia podróży. Taka w klimacie hygge. Wjeżdżamy serpentyną do Hasle. Z góry pięknie wygląda charakterystyczny dla tego miasteczka duży port rybacki w otoczeniu atrakcyjnych apartamentów. Wraz z zachodem słońca trafiamy na Sildefest – Festyn Śledzia (wstęp 5 koron). Bardzo żałujemy, że ominął nas wybór Miss Sild, miss śledzia. Można tu degustować prawdziwe bornholmskie potrawy ze śledzia. Niestety ze względu na Halszkę, ogromny hałas i generalnie mało ciekawą atmosferę (na tym etapie impreza przypominała studencką „zakrapianą” potańcówkę) jedziemy dalej do słynnych wędzarni w Hasle.

Nie mamy tutaj za dużo czasu, zrywa się wiatr i zapowiada na deszcz, a przed nami jeszcze 10 km powrotną trasą w zupełnej ciemności. Bywa i tak. Są to jednak chwile niezapomniane. Wyjście ze strefy komfortu, które sprawia, ze docenia się każdą najmniejszą rzecz. Dach nad głową nie jest ten sam, sprawia wrażenie królestwa, a chleb z masłem i kakao smakują najlepiej na świecie. I tylko Halszka podróżuje w niezmiennym komforcie swojego małego, przytulnego lokum na kółkach.

DZIEŃ 5
SVANEKE – Paradis-Bakkerne – NEXO – SVANEKE (12 km + 9 km)

Na śniadanie raczymy się serem od naszych kózek. Postanawiamy dzisiaj wjechać trochę w zielony rejon wyspy. Kontynuujemy trasę ze Svaneke. Po drodze mijamy Aarsdale i pocztówkowy wiatrak Mole Granitværkstedet, przed którym urządzamy drobny rodzinny performance.

Po kilku kolejnych kilometrach wjeżdżamy do Lasu Rajskich Pagórków. Paradisbakkerne słynie z przepięknych polodowcowych krajobrazów. Ruchy tektoniczne, które niegdyś nawiedzały te tereny, spowodowały powstanie malowniczych dolin szczelinowych, skalistych wzniesień oraz stawów. Nazwa iście arkadyjska, więc spodziewamy się tam bajecznego klimatu. Wybieramy się na 6-kilometrowy trekking z Halszką w nosidle. Taka miła odskocznia od siodełka rowerowego. Przyglądamy się skałom, bogatej roślinności, przytulamy do drzew, szukamy leśnych skrzatów i trolli. Dziewczynom się to podoba.

Po leśnej wędrówce czas na kierunek Nexø. Kiedyś było to głównie centrum rybołówstwa i przemysłu z tym związanego. Teraz pozyskuje się mniej ze względu na ograniczenia, więc tę redukcję w połowach trzeba czymś zapełnić. Dobrze się złożyło, że przypływają tu promy z Polski – miasto postawiło bardziej na turystykę i handel. W Nexø nie odwiedzamy klasycznej atrakcji – Parku Motyli, a podobno fruwa w nim pośrodku tropikalnych kwiatów ok. tysiąca egzotycznych okazów. Zawsze gdy pomyślę o motylach ogarnia mnie smutek z powodu ich krótkiego, kilkutygodniowego życia. Zdecydowanie wolę podziwiać je na wolności.

Spacerujemy wokół rynku, mijamy muzeum żeglarstwa, przechodzimy obok domu, w którym mieszkał znany duński pisarz Marin Andersen Nexø (1869-1954) – autor powieści o „Pelle zwycięzcy”. Jej akcja rozgrywa się w 1877 roku. Szwedzki statek wypełniony emigrantami przybywa na Bornholm. Wśród nich znajduje się Lesse Karlsson ze swoim synem Pelle, którzy przenieśli się do Danii w poszukiwaniu pracy. W 1987 roku powieść doczekała się znakomitej ekranizacji nagrodzonej Oskarem, Złotą Palmą i złotym Globem za najlepszy film i grę Maxa von Sydowa w roli Pelle. Warto zobaczyć film przed wyprawą na Bornholm, cofnąć się w przeszłość, żeby jeszcze bardziej poczuć klimat wyspy. Gdy spoglądamy na portowe wybrzeże Nexø migają nam przed oczami filmowe sceny.

Do Svaneke wracamy 9 km wzdłuż wybrzeża.

DZIEŃ 6
NEXO – DUEODDE (22 km)

Liczymy dzisiaj w końcu na plażowanie. Chociażby minimalne, ale jeśli już to na najpiękniejszej plaży na Bornholmie. Start ze znanego nam już Nexø. Za miastem mijamy bajecznie kolorowe domki rybackie, typowe dla krajobrazu skandynawskiego. Jedziemy przyjemną ścieżką rowerową biegnącą lasem w kierunku Dueodde. Prowadzi ona aż do miejscowości Balka – popularnego wakacyjnego kurortu, słynącego z atrakcyjnej plaży.

Komfort podróżowania z dziećmi po Bornholmie jest ogromny, towarzyszy nam taki spokój i błogość. Nigdzie nie musimy się spieszyć, bo odległości między szczególnymi zakątkami przyrodniczymi i atrakcjami są niewielkie. Przyczepka Hamaxa sprawdza się znakomicie. Halszka śpi albo obserwuje świat. Każdego dnia doświadczamy całej okazałości bornholmskiej przyrody – mkniemy wzdłuż skalistego wybrzeża albo po uroczych wzgórzach i dolinach, wzdłuż białych, piaszczystych plaż, przez wrzosowiska i łąki, mijamy wiatraki i uliczne kramiki ze świeżymi owocami, warzywami czy lokalnymi produktami. Dryfujemy kulinarnie między wędzarniami a manufakturami czekolady i lodziarniami.

I tym razem zatrzymujemy się popołudniem w kolejnej „słodkiej” miejscowości – Snogebæk. Ta mała osada rybacka stała się sławna dzięki ręcznej produkcji czekoladek Kjaerstrup Chokolde. Powstają tu też wyśmienite, ekologiczne lody Boisen Is, bazujące na świeżych półproduktach. Cały port otacza rząd starych chat, w których rybacy przechowują swoje narzędzia. Ciekawie musi tu być podczas letniego festynu, gdy chaty pełnią wówczas funkcję straganów, na których sprzedaje się tradycyjne minipączki (æbleskiver) i smażone śledzie. Po tym przyjemnym przystanku ruszamy dalej przez pola na południowy cypel Bornholmu. Wiatr delikatnie kołysze kłosami zbóż, słońce ciepło przyświeca, nic więcej nie trzeba. To właśnie nasze dzisiejsze hygge.

W pobliżu Skrokkegårdvejen natrafiamy na fundamenty wielkiej, nabrzeżnej baterii wojskowej, której budowa została przerwana w l.40-tych. W końcu wjeżdżamy w las i dojeżdżamy do Dueodde, zwanego „Lazurowym Wybrzeżem Północy”. Zawijamy pod najwyższą na wyspie latarnię morską (47 metrów), a potem dość długim drewnianym pomostem idziemy na plażę po drodze zahaczając o skoki wydmowe. Faktycznie, piasek jest tutaj doskonale biały i delikatny. W przeszłości wypełniano nim klepsydry. Przypomina nam się australijskie plaże na wysepkach Whitsundays i ich olśniewająco biały piasek, w którym tarzaliśmy się jak dzieciaki, a potem relaksowaliśmy się w lazurowym oceanie w asyście pływających niedaleko żółwi. O zachodzie słońca ruszamy w powrotną drogę do Nexø.

DZIEŃ 7
DUEODDE – VINGÅRDEN LILLE GADEGÅRD – AAKIRKEBY – DUEODDE (32 km)

W ostatni dzień naszego pobytu na wyspie pogoda nas nie rozpieszcza. Od czasu do czasu kropi deszcz. W tych warunkach postanawiamy trochę szybciej pokręcić nogami niż zwykle i zrobić trasę z Dueodde na północ w głąb wyspy do Aakirkeby. 6 kilometrów od Dueodde dopada nas mocniejszy deszcz. Jesteśmy zmęczeni i znużeni pogodą. Na szczęście naszym oczom ukazuje się ratunek – Vingården Lille Gadegård. Winnica. Jedyna na Bornholmie. Co prawda ominie nas degustacja wina, ale przynajmniej na chwilę się tu schronimy. W środku pośród dużej restauracyjnej przestrzeni, jeden stolik zajęty. Jakaś para siedzi przy butelce wina i gra w chińczyka. Może Polacy? Oczy nam się zamykają, czujemy odpływ energii, ale mobilizujemy się. Szybkie orzeźwienie przychodzi ze strony właściciela winiarni – Jespera Paulsena. Zaczyna nas oprowadzać po swoim królestwie. Opowieść w jego ustach leje się strumieniami najlepszego gatunku whisky. Co za pasjonat!!! Pochwalić się może piwniczką z 18 tysiącami butelek wina i whisky! Akcje jakie przeprowadza przy produkcji „szlachetnej” whisky odbierają dosłownie mowę. To później, bo muszę koniecznie wspomnieć, że największą gwiazdą w jego posiadłości jest, bagatela, 450-kilogramowa świnia o imieniu Øffe pochodzącym od wydawanego przez nią dźwięku „ufe-ufe”. To taka nasza „Chrumka”. Osobliwością jest to, że Jesper codziennie o godz. 12:00 lub 13:00 poi ją buteleczką coca-coli. Ot, tak sobie. Ma taką fanaberię. Myślę, że mało kto widział tak olbrzymiego osobnika tego gatunku. Monstrum. Na dodatek sąsiaduje w chlewiku ze swoją rówieśniczką, też 7-latką, która przegrywa w rankingu, bo waży zaledwie 50 kg. Na tle Øffe wygląda jak miniaturka. Podobno strasznie się nie lubią. Może przez tę coca-colę. Mniejsza świnka jej nie dostaje. A nasza ufe-ufe gwiazda trafiła tu przez przypadek. Opowiada Jesper: – „Pracowała u mnie taka kobieta, która bardzo marzyła o świni. Wciąż mówiła: O! Ale chciałabym mieć świnię… Postanowiłem więc spełnić jej marzenie. Zadzwoniłem do sąsiada, po 10 minutach kupiłem tą naszą Øffe. W pewnym momencie mieliśmy ją zjeść, ale jednak się z nią zżyliśmy. I świnia do teraz żyje i ma się całkiem dobrze”.

Oprócz świnek jest tu też królik, kury, kozy oraz kot. A obok winiarni pole namiotowe, na którym bardzo często obozują się Polacy.

Co do życiorysu biznesowego właściciela winiarni. Wcześniej, zanim został właścicielem winiarni, prowadził plantację truskawek, ale niestety ludzie woleli kupować te tańsze, importowane z Hiszpanii i Portugalii, więc zrezygnował. Przed 2000 r. nie można było w Danii uprawiać własnego wina z winogron. Jesper jako pierwszy dostał pozwolenie na tę działalność z ograniczeniem na 99 hektarów. Pięć lat później, czyli w 2005 r. przełamał monopol rynku i mógł sprzedawać mocny alkohol – whisky. Produkuje wyjątkowy produkt – Baltic Sea Whisky.

Ma taką fantazję, że na początku sprzedaje daną partię whisky za 400 koron, potem jak sprzeda połowę z tego to już wyznacza cenę na 900 koron (za tę samą whisky!), kiedy już sprzeda połowę z tej ilości to za butelkę liczy sobie 1500 koron. W finale zatrzymuje się na kwocie 3000 koron za flaszkę bałtyckiej whisky (zmienia tylko etykietki). Jak tylko o tym mówi błyszczą mu oczy. Przypomina mi wydobywców opali, przebywających całymi dniami pod ziemią w poszukiwaniu kamieni księżycowych, których poznaliśmy w australijskim Coober Peddy. Tak, to podobny charakter zapaleńca. Poza tym uwielbia robić różne numery, sygnując nimi skądinąd swoją działalność. Na przykład – w 2006 roku wyprodukował whisky i zakopał ją na 3 lata w beczkach 2 metry pod ziemią, żeby „przesiąkła smakiem ziemi bornholmskiej”. Innym razem beczkę z whisky zakupioną we Francji umieścił 900 m od brzegu i 9 metrów w głąb, żeby „przeszła smakiem Bałtyku”. Pomysł pierwszej ligi, pełen romantyzm, a jednocześnie świetny chwyt marketingowy. Dużo łatwiej mu uprawiać wino białe, bo jest mniej wymagające – czerwone potrzebuje dużo więcej słońca jak na warunki bornholmskie we wrześniu. Jesper to prawdziwy człowiek z pasją, mający tysiące pomysłów, zadowolony z życia i traktujący je jak wielką przygodę. Pytamy go też o hygge – czym takim jest dla niego. Odpowiada prosto – „Gdy po całym dniu pracy możesz sobie usiąść i pogadać z ludźmi, przyjaciółmi. To jest hygge”. Jest to stan umysłu, nastrój. Docenia miejsce, w którym żyje, podobnie jak chłopaki z Sandvig. Powtarza za nimi, że w dużych miastach ludzie raczej siebie nie widzą, w mniejszych społecznościach relacje są inne.

Jesper swoimi historiami tak ładuje nasze energetyczne akumulatory, że kolejne 10 kilometrów do Aakirjeby mijają nam niepostrzeżenie. Na miejscu zwiedzamy NaturBornholm, co jest dobrym pomysłem na taki pochmurny dzień. W Multimedialnym Centrum Przyrodniczym Jaśmina odbywa wirtualną podróż w Wehikule Czasu, w którym za pomocą animacji, światła i dźwięku przenosi się 1700 milionów lat wstecz. Poznaje geologiczną przeszłość wyspy, ewolucję zwierząt i roślin, spotyka jurajskie plezjozaury, dromeozaura i inne -zaury mieszkające kiedyś na wyspie. Największe wrażenie robi na niej symulacja trzęsienia ziemi. To miejsce, które warto odwiedzić z dziećmi, a jeśli jest okazja to i skorzystać dodatkowo z zajęć inspirowanych przyrodą Bornholmu.

Drogę powrotną do Dueodde pokonujemy już w odrobinę bardziej sprzyjających warunkach pogodowych. To nasze ostatnie chwile na Bornholmie. Jutro porannym rejsem opuszczamy z wielkim sentymentem wyspę. Zdecydowanie chcielibyśmy zostać tu na dłużej.

Wydawałoby się, że wyspa położona zaledwie ok. 100 km od Polski, wybierana na kilkudniowe eskapady, o której przeczytać można niemal wszystko, raczej niczym szczególnym nie zaskoczy. Ile atrakcji można pomieścić na obszarze 588,5 km², 150 kilometrowej linii brzegowej i 40 kilometrach odległości pomiędzy skrajnymi przylądkami? Uznaliśmy, że może dopiero po jednym czy dwóch miesiącach pobytu na Bornholmie udałoby nam się ją bliżej poznać. Jedno jest pewne – jeszcze tu wrócimy pohyggować!

Planując termin wyjazdu na Bornholm warto mieć na uwadze kalendarium ciekawych wydarzeń.

Lipiec

1.07.-1.09 – Piątki i soboty – Rønne – muzyka na żywo
2-4.07 – Marsz wokół Bornholmu
3-4.07 – Bornholms Motor-Veteraner – Zlot starych pojazdów
8-11.07 – Sildefest – Festyn śledzia
12-15.07 – Østersø Cup Aakirkeby – Piłka ręczna
12-18.07 – Allinge Jazz Festival
14.07 – Nexø Gadeløp – Bieg ulicami (trasa dla dzieci 2 km, dla dorosłych 5 km)
19-31.07 – Middelaldermarked – Średniowieczny Jarmark
22-25.07 – Aakirkeby Blomsterfest – Święto kwiatów
23-25.07 – Snogebaek Havnefest – Festyn w porcie w Snogebaek (największy na wyspie)
23.07 – Hammershus Støttekoncert – Koncert na rzecz Afryki
29-31.07 – Nexø Østersø Jazz

Sierpień

6-7.08 – MTB Stage Race Bornholm
7.08 – Sensommerfest – Późnoletni festyn w Aarsdale (nastrojowa zabawa w porcie, stragany z daniami rybnymi i słodyczami, żywa muzyka, atrakcje dla dzieci)
13-14.08 – Nyker Maskin –og Trucker Show
22.08 – Wokół Bornholmu na rowerze – wśród przyrody na trasie 103 km – dla całych rodzin
www.cykelbornholmrundt.dk
24-26.08 – Bornholm Golf Open (największy turniej golfowy dla amatorów)
29.08 – Ultra Maraton Bornholm (100 km ultra-maraton, 4×25 km bieg sztafetowy, 42,2 km maratonu)

Wrzesień

2-5.09 – Wonderfestiwall w Hammershus
4.09 – Handicap Tour de Bornholm-Nexø (zawody rowerowe dla inwalidów)
17-26.09 – Bornholms Kulturuge – Tydzień Kultury
18.09 – Almindingsløbet 8 km (najstarszy duński bieg)

Patronat medialny:

            

Wspólpraca: