Relacja z pobytu na Tasmanii
16 listopad 2008, niedzielaW Tasmanii nie udało nam się tym razem niestety na bieżąco uzupełniać dziennika, ale możecie poczytać na stronie relację, którą przygotowała już jakiś czas temu Monia.
Miłego czytania!
W Tasmanii nie udało nam się tym razem niestety na bieżąco uzupełniać dziennika, ale możecie poczytać na stronie relację, którą przygotowała już jakiś czas temu Monia.
Miłego czytania!
Przedczoraj po 24 godzinach lotu (Berlin - Frankfurt - Singapur - Sydney) wyladowalismy na lotnisku w Sydney. Juz na wstepie poczulismy znany juz nam australijski luzik - w stroju i zachowaniu. Mozna go przyrownac do plazowej atmosfery - po terminalach snuja sie wysportowani Australijczycy, glownie surferzy badz koszykarze, w gatkach plazowych, T-shirtach i japonkach, usmiechnieci od ucha do ucha. Stwarza to wrazenie panujacych tu wiecznie wakacji, a tego wlasnie nam potrzeba! Rzezki poranek, powietrze znad oceanu i ostre slonce dodalo nam skrzydel i mimo dlugiej podrozy (im czesciej podrozujemy tym objawy jet-lagu sa przez nas coraz mniej odczuwalne), czulismy sie wspaniale. Na lotnisko przyjechal po nas Kacper, ktory mieszka juz 3 lata w Australii. Tak sie zlozylo, ze kilka dni temu przeprowadzili sie z zona Roma do domku nas oceanem, tak wiec po kapieli wyruszylismy na cudowna plaze z cieplym piaskiem. Widok surferow pobudzil Norbiego, ktory wyobrazil sobie jak to po pracy bierze deske pod pache i biegnie pobujac sie na falach… Po prostu pyszny klimat! Wieczorem pojechalismy na tajskie jedzenie (porcja ok.10$). Co ciekawe, w Australii bez problemu mozna wnosic do knajpy wino, piwo badz jakikolwiek inny alkohol. Wspaniale rozwiazanie! Wieczorem podjechalismy pod opere, pospacerowalismy po glownych ulicach Sydney i w dzielnicy Chinatown wstapilismy na herbate chinska ze slodkiego ziemniaka z kokosowymi zelkami.Hmm, calkiem niezla.
Wczoraj o 8:50 z krajowego lotniska w Sydney polecielismy liniami Virginblue do Launceston na Tasmanii. Nie sadzilismy, ze czeka nas tutaj taka niespodzianka pogodowa!!! Silny wiatr, zimnica i deszcz - koszmar! Zwial nam austobus do centrum , myslelismy, ze jezdzi czesto, stad nie spieszylismy sie z wyjsciem z lotniska, tylko zbieralismy ulotki informacyjne o Tasmanii. Okazalo sie, ze na nastepny autobus musimy czekac 2 godziny! Zlapalismy wiec stopa - zabral nas John i odwiozl do samego centrum informacyjnego w Launceston (14 km). Swoja droga to calkiem dobre rozwiazanie - wiekszosc ludzi zabiera sie przeciez z lotniska do centrum. Po co placic 12$/os. za bilet? Tym sposobem stwierdzilismy, ze Tassies (Tasmanczycy) to bardzo sympatyczni ludzie. Launceston okazalo sie prowincjonalnym miastem (mimo, ze drugim w Tasmanii co do ilosci mieszkancow) - czy to mozliwe, zeby byly tutaj tylko 3 hostele dla backpackersow? Na dodatek dwa z nich totalnie zaladowane. Ostatecznie w STRUGACH DESZCZU ni to przeklinajac pod nosem, ni smiejac sie z tej sytuacji, doczolgalismy sie do hostelu “Arthouse”, gdzie za 65$ zabukowalismy nocleg. Drogo, ale nic innego nie bylo. Mamy nadzieje, ze dalej bedzie taniej. Poza tym jak tylko wypozyczymy samochod, bedziemy mniej uzaleznieni od noclegow w hostelach. Pogoda podobno ma sie zmienic, wiec moze bedzie okazja na rozbicie namiotu gdzies w trasie. W hostelu zmeczeni podroza i zahipnotyzowani odglosem szalejacego za oknem wiatru z deszczem, zasnelismy snem glebokim, wyjatkowym, zapominajac nawet o obiedzie.
Dzisiaj po sniadaniu (pierwsze australijskie sniadanie smakowalo nam wyjatkowo dobrze, bo pojawilo sie w koncu slonce!) ruszylismy do Domu Polskiego w Launceston, ale otworzyl nam maly dziadeczek, ktory nie bardzo orientowal sie w tematyce Pawla Edmunda Strzeleckiego - dal nam nr tel. do prezesa. Poszlismy wiec do biblioteki znalezc troche informacji o Strzeleckim - interesowala nas glownie jego trasa po Tasmanii. Okazalo sie, ze jest to nawisko powszechnie tutaj znane i bardzo cenione. Wlasnie siedzimy zatopieni w ksiazkach o Strzeleckim - znalezlismy tutaj bogaty material naukowy i…wzbudzilismy nie lada jaka sensacje! Ba, wszyscy pracownicy zaangazowali sie w szukanie informacji o Strzeleckim, zrobiono nam zdjecie do newslettera biblioteki, a jutro zaproszono na wywiad do lokalnej gazety…Tak wiec zabawimy tutaj jeszcze jeden dzien, studiujac materialy o naszym podrozniku. Jeszcze jedna wiadomosc - mielismy przyjemnosc trzymac w dloniach pierwszy egzemplarz dziela Strzeleckiego “Fizyczny opis Nowej Poludniowej Walii i Ziemi Van Diemena” z 1845 r. z autografem samego Strzeleckiego, ktory przeslal autorski egzemplarz do biblioteki w Launceston w 3 lata po odbyciu swojej podrozy po Tasmanii!!! Oprocz tego trafilismy na “The Tasmanian Journal of Natural Science” w dwoch tomach z 1842 roku (w latach 1840-1842 Strzelecki przemierzal Tasmanie!) oraz z 1846.
Wlasnie zasypano nas kolejnymi ksiazkami o Strzeleckim i skserowanymi artykulami.Dzisiaj studiujemy, w planach mamy tez trase po Launceston po miejscach, gdzie byl Strzelecki. Burcza nam juz brzuchy z glodu, ale twardzi jestesmy ;-)
Witajcie! Jako, że mamy do opisania jeszcze kilka wartych uwagi (mamy nadzieję) wydarzeń to zapraszamy do zaglądania w Dziennik co jakiś czas. Na pewno coś się pojawi :-)
Oprócz nowych wpisów niebawem dodamy do istniejących notatek ZDJĘCIA :-) Tu oraz jak zwykle w galerii.
A na razie pozdrawiamy serdecznie! :-)