Ciąg dalszy nastąpi…

Ameryka Pd 2007, Peru 1 Comment »

Witajcie! Jako, że mamy do opisania jeszcze kilka wartych uwagi (mamy nadzieję) wydarzeń to zapraszamy do zaglądania w Dziennik co jakiś czas. Na pewno coś się pojawi :-)

Oprócz nowych wpisów niebawem dodamy do istniejących notatek ZDJĘCIA :-) Tu oraz jak zwykle w galerii.
A na razie pozdrawiamy serdecznie! :-)

Boliwijskie gejzery

Dzis pozegnanie z Peru…

Ameryka Pd 2007, Peru No Comments »

Pobudka przed 7.00, zeby zjesc smacznego, grubego nalesnika z marmolada truskawkowa przygotowanego przez corke naszych gospodarzy. Mniam, chyba czytala we wczorajszych myslach Moni :-)

O 7.30 wyplywamy z Amantani w kierynku kolejnej wysepki Taquile. Poczatkowo plyniemy sami z dwoma sternikami, ktorzy pelnia tez funkcje kapitanow (nawet maja na to papiery :-)) Po 15 minutach zawijamy do kolejnego porciku na Amantani, zeby zabrac 12 osob z innej “wycieczki”. Nie jest zle, moglo byc to 21 osob :-) Droga zajmuje nam przeszlo godzine i ladujemy w malym porciku na Taquile. Stad mamy 40min pod gore do glownego targu w pueblo. Powoli mam juz dosc wspinaczki (wysokosc tylko 3800 mnpm), ale widze, ze nabieramy nowych wlasciwosci psycho-fizycznych - w pewnym momencie z bocznej uliczki wszedl przed nas miejscowy mlody “chlop” i o maly wlos go nie wyprzedzilismy (tak jak wszystkich francuskich turtystow po drodze), ale uznalismy, ze bylby to wstyd i zwolnilismy do jego tempa (tez niemale).

Po kilku mniejszych chwilach weszlismy na glowny plac, z ktorego rozlega sie ladny widok na cale pueblo. Pokrzatalismy sie troche, weszlismy do kosciola, do miejscowego sklepu spoldzielczego, gdzie nie chcieli nam opuscic ani centa i poszlismy na sam szczyt wzniesienia (znowu!), zeby obejrzec inkaskie ruiny. Szczerze powiedziawszy, po Machu Picchu zadne (prawie) ruiny nie robia az takiego wrazenia. “Po Machu Picchu swiat nie jest juz taki sam” :-) No ale do rzeczy. Ruiny, tak jak myslalem, male i… tyle. W zwiazku z tym, ze na Taquile mamy 3 godzinki czasu musimy udac sie juz w droge powrotna do puerto principal, skad odchodzi nasza barka. Po drodze widzimy na granatowej tafli bezmiaru Jeziora male, biale punkciki - to kolejni przybywajacy z Puno turysci - chyba z 15-20 lodzi. Uciekamy! :-) Chcielismy zjesc tu jeszcze polecana przez przewodnik piranie, ale anie nie mielismy juz czasu, ani piranie nie sa juz serwowane. Znowu te stare informacje!

Z portu wyplywamy w strone Puno punktualnie o 12.00, a podroz zajmie nam 3 godzinki - o ile nasza barka wczesniej nie dokona zywota, bo tak sie troche zapowiadalo :-)

Ruszamy w dalszą drogę

Rejs monotonny.. bylby gdyby nie bylo to Titicaca! Wspolpasazerowie cisi i mili, widoki piekne, barka terkoce i od czasu do czasu lekko sie dlawi, za to kapitan (dzielny, maly dziadek) daje rade przez caly czas bez lisci coca, twardziel! :-) Tuz przed przyplynieciem do portu silnik gasnie, a jeden z kapitanow cos odkreca, wlewa dwie nakretki ropy i plyniemy dalej w rytm wystukiwany przez stary, widlasty, 8-cylindrowy silnik Forda. Przepieknie!

Sternicy i kapitanowie na Titicaca

Po wyprawie jeszcze tylko pyszna rybka na przystani, zerkniecie na targ i jazda rowerem na plac glowny. Na podwiezienie nagabywal nas mlody chlopak, ale juz w polowie drogi zrobilo nam sie strasznie zal, bo cos sapal strasznie i do konca siedzielsmy juz jak na szpilkach trzymajac kciuki za jego powodzenie :-) Zaplacilismy mu wiecej niz chcial - w koncu sie napracowal :-)

Dowiedzielismy sie tez, ze granica z Boliwia jest zamykana (?!) juz o 18.00 lokalnego czasu, wiec dzis noc spedzamy znowu w hosteliku Margarita, bo zaden autobus juz nie kursuje - a to tylko niecale 3 godziny jazdy. Moze to i dobrze, bo przyda nam sie goraca kapiel!

Dzis nasza ostatnia noc w Peru! Do zobaczenia “kiedys tam”!

Magiczne Titicaca

Ameryka Pd 2007, Peru No Comments »

T-I-T-I-C-A-C-A… “Norbi, czy my NAPRAWDE jestesmy nad Jeziorem Titicaca?!” - pytalam z niedowierzaniem od samego switu, cieszac sie strasznie, ze tutaj wlasnie dotarlismy - do bardzo wyczekiwanego przez nas punktu wyprawy. Nie wiedzialam czy to sen, czy jawa, bo zeby wyruszyc na wyspy trzeba wczesnie wstac, czyli ok. 6.00. Zjedlismy kontynentalne sniadanie w przesympatycznym hostelu “Margarita” (slowo to kojarzy mi sie jedynie z drinkiem Margarita, jaki na ulicach w Las Vegas sprzedaje sie w wielkich butlach z dluga szyjka - moje wspomnienie z tym trunkiem wiaze sie z tym, ze Norbi zamowil mi Margarite bezalkoholowa!po prostu kelner podal mi…lemoniade!). Skromne te sniadanka, wiec zamowilismy sobie jeszcze jajecznice, ale byla “muy seco” (bardzo sucha!) - zdaje sie, ze zapomnieli o podstawowej bazie, czyli maselku lub jakimkolwiek innym tluszczu… Na cale szczescie kwitnesencja w postaci jajek byla, i to najwazniejsze. Jednak najlepsza jajecznice (nieporownywalna w smaku nawet z domowa!) jedlismy w dzungli… Pychota! Nie wiem co jest takiego magicznego w buszmenskim jedzeniu, ale sadze, ze same okolicznosci sprawiaja, iz kazdy prosty posilek tak bardzo tutaj smakuje. Dla mnie ta jajecznica, ktora jedlismy u Huga Vargasa w dzungli pachniala przygoda - byla w niej po prostu jakas szczegolnego rodzaju egzotyka! Wracajac do watku…

Rankiem spakowalismy sie w male plecaczki, zostawiajac duzy ekwipunek w hostelowej przechowywalni bagazu i poinformowalismy wlasciciela “Margarity” o naszych planach spedzenia nocy na jednej z wysp Titicaca. “Mucho gracias, hasta luego” i ruszamy “z buta” do portu. Po drodze “muy simpatico peruwiano” pytany o droge, zamiast nam wytlumaczyc jak dojsc, w jaka ulice skrecic itd., po prostu szybkim krokiem niemalze odprowadzil nas do portu, na pozegnanie sciskajac mocno dlonie i zyczac “mucho suerte”. Zycie w Puno dopiero sie budzilo, otwierano lokalne kafejki… W porcie natomiast wrzalo… Barki szybko sie zapelnialy turystami i miejscowymi wracajacymi z Puno do swoich domostw na wyspach. Oczywiscie, jak to my, wciaz zadni nowych wrazen, nie wykupilismy zadnej wycieczki, bo po pierwsze nie lubimy isc na latwizne, po drugie - nie odpowiada nam spedzanie czasu w grupie turystow prowadzonych jak owieczki przez przewodnika (bo to najzwyczajniej burzy klimat “przezywania”), a po trzecie - nie chcemy placic agencji turystycznej, tylko bezposrednio rodzinom indianskim, ktore zdecydowanie sa w wiekszej potrzebie. Tak wiec omijajac ze wszech stron agentow oferujacych nam bardzo “korzystne” warunki wycieczek, udalo nam sie po kilkunastu minutach przedostac do kapitana jednej z lokalnych barek, transportujacej tutejszych mieszkancow na wyspy.

cdn……

Premium Wordpress Theme | Premium WP Themes | Free Icons | wordpress theme
Wordpress Themes. Free Wordpress Themes by Product Reviews and Free Wordpress Themes