TASMANIA - Launceston

03 kwiecień 2008, czwartek

Przedczoraj po 24 godzinach lotu (Berlin - Frankfurt - Singapur - Sydney) wyladowalismy na  lotnisku w Sydney. Juz na wstepie poczulismy znany juz nam australijski luzik - w stroju i zachowaniu. Mozna go przyrownac do plazowej atmosfery - po terminalach snuja sie wysportowani Australijczycy, glownie surferzy badz koszykarze, w gatkach plazowych, T-shirtach i japonkach, usmiechnieci od ucha do ucha. Stwarza to wrazenie panujacych tu wiecznie wakacji, a tego wlasnie nam potrzeba! Rzezki poranek, powietrze znad oceanu i ostre slonce dodalo nam skrzydel i mimo dlugiej podrozy (im czesciej podrozujemy tym objawy jet-lagu sa przez nas coraz mniej odczuwalne), czulismy sie wspaniale. Na lotnisko przyjechal po nas Kacper, ktory mieszka juz 3 lata w Australii. Tak sie zlozylo, ze kilka dni temu przeprowadzili sie z zona Roma do domku nas oceanem, tak wiec po kapieli wyruszylismy na cudowna plaze z cieplym piaskiem. Widok surferow pobudzil Norbiego, ktory wyobrazil sobie jak to po pracy bierze deske pod pache i biegnie pobujac sie na falach… Po prostu pyszny klimat! Wieczorem pojechalismy na tajskie jedzenie (porcja ok.10$). Co ciekawe, w Australii bez problemu mozna wnosic do knajpy wino, piwo badz jakikolwiek inny alkohol. Wspaniale rozwiazanie! Wieczorem podjechalismy pod opere, pospacerowalismy po glownych ulicach Sydney i w dzielnicy Chinatown wstapilismy na herbate chinska ze slodkiego ziemniaka z kokosowymi zelkami.Hmm, calkiem niezla.

Wczoraj o 8:50 z krajowego lotniska w Sydney polecielismy liniami Virginblue do Launceston na Tasmanii. Nie sadzilismy, ze czeka nas tutaj taka niespodzianka pogodowa!!! Silny wiatr, zimnica i deszcz - koszmar! Zwial nam austobus do centrum , myslelismy, ze jezdzi czesto, stad nie spieszylismy sie z wyjsciem z lotniska, tylko zbieralismy ulotki informacyjne o Tasmanii. Okazalo sie, ze na nastepny autobus musimy czekac 2 godziny! Zlapalismy wiec stopa - zabral nas John i odwiozl do samego centrum informacyjnego w Launceston (14 km). Swoja droga to calkiem dobre rozwiazanie - wiekszosc ludzi zabiera sie przeciez z lotniska do centrum. Po co placic 12$/os. za bilet? Tym sposobem stwierdzilismy, ze Tassies (Tasmanczycy) to bardzo sympatyczni ludzie. Launceston okazalo sie prowincjonalnym miastem (mimo, ze drugim w Tasmanii co do ilosci mieszkancow) - czy to mozliwe, zeby byly tutaj tylko 3 hostele dla backpackersow? Na dodatek dwa z nich totalnie zaladowane. Ostatecznie w STRUGACH DESZCZU ni to przeklinajac pod nosem, ni smiejac sie z tej sytuacji, doczolgalismy sie do hostelu “Arthouse”, gdzie za 65$ zabukowalismy nocleg. Drogo, ale nic innego nie bylo. Mamy nadzieje, ze dalej bedzie taniej. Poza tym jak tylko wypozyczymy samochod, bedziemy mniej uzaleznieni od noclegow w hostelach. Pogoda podobno ma sie zmienic, wiec moze bedzie okazja na rozbicie namiotu gdzies w trasie. W hostelu zmeczeni podroza i zahipnotyzowani odglosem szalejacego za oknem wiatru z deszczem, zasnelismy snem glebokim, wyjatkowym, zapominajac nawet o obiedzie.

Dzisiaj po sniadaniu (pierwsze australijskie sniadanie smakowalo nam wyjatkowo dobrze, bo pojawilo sie w koncu slonce!)  ruszylismy do Domu Polskiego w Launceston, ale otworzyl nam maly dziadeczek, ktory nie bardzo orientowal sie w tematyce Pawla Edmunda Strzeleckiego - dal nam nr tel. do prezesa. Poszlismy wiec do biblioteki znalezc troche informacji o Strzeleckim - interesowala nas glownie jego trasa po Tasmanii. Okazalo sie, ze jest to nawisko powszechnie tutaj znane i bardzo cenione. Wlasnie siedzimy zatopieni w ksiazkach o Strzeleckim - znalezlismy tutaj bogaty material naukowy i…wzbudzilismy nie lada jaka sensacje! Ba, wszyscy pracownicy zaangazowali sie w szukanie informacji o Strzeleckim,  zrobiono nam zdjecie do newslettera biblioteki, a jutro zaproszono na wywiad do lokalnej gazety…Tak wiec zabawimy tutaj jeszcze jeden dzien, studiujac materialy o naszym podrozniku. Jeszcze jedna wiadomosc - mielismy przyjemnosc trzymac w dloniach pierwszy egzemplarz dziela Strzeleckiego “Fizyczny opis Nowej Poludniowej Walii i Ziemi Van Diemena” z 1845 r. z autografem samego Strzeleckiego, ktory przeslal autorski egzemplarz do biblioteki w Launceston w 3 lata po odbyciu swojej podrozy po Tasmanii!!! Oprocz tego trafilismy na “The Tasmanian Journal of Natural Science” w dwoch tomach z 1842 roku (w latach 1840-1842 Strzelecki przemierzal Tasmanie!) oraz z 1846.

Wlasnie zasypano nas kolejnymi ksiazkami o Strzeleckim i skserowanymi artykulami.Dzisiaj studiujemy, w planach mamy tez trase po Launceston po miejscach, gdzie byl Strzelecki. Burcza nam juz brzuchy z glodu, ale twardzi jestesmy ;-)

Ciąg dalszy nastąpi…

14 wrzesień 2007, piątek

Witajcie! Jako, że mamy do opisania jeszcze kilka wartych uwagi (mamy nadzieję) wydarzeń to zapraszamy do zaglądania w Dziennik co jakiś czas. Na pewno coś się pojawi :-)

Oprócz nowych wpisów niebawem dodamy do istniejących notatek ZDJĘCIA :-) Tu oraz jak zwykle w galerii.
A na razie pozdrawiamy serdecznie! :-)

Boliwijskie gejzery

Dzis pozegnanie z Peru…

19 sierpień 2007, niedziela

Pobudka przed 7.00, zeby zjesc smacznego, grubego nalesnika z marmolada truskawkowa przygotowanego przez corke naszych gospodarzy. Mniam, chyba czytala we wczorajszych myslach Moni :-)

O 7.30 wyplywamy z Amantani w kierynku kolejnej wysepki Taquile. Poczatkowo plyniemy sami z dwoma sternikami, ktorzy pelnia tez funkcje kapitanow (nawet maja na to papiery :-)) Po 15 minutach zawijamy do kolejnego porciku na Amantani, zeby zabrac 12 osob z innej “wycieczki”. Nie jest zle, moglo byc to 21 osob :-) Droga zajmuje nam przeszlo godzine i ladujemy w malym porciku na Taquile. Stad mamy 40min pod gore do glownego targu w pueblo. Powoli mam juz dosc wspinaczki (wysokosc tylko 3800 mnpm), ale widze, ze nabieramy nowych wlasciwosci psycho-fizycznych - w pewnym momencie z bocznej uliczki wszedl przed nas miejscowy mlody “chlop” i o maly wlos go nie wyprzedzilismy (tak jak wszystkich francuskich turtystow po drodze), ale uznalismy, ze bylby to wstyd i zwolnilismy do jego tempa (tez niemale).

Po kilku mniejszych chwilach weszlismy na glowny plac, z ktorego rozlega sie ladny widok na cale pueblo. Pokrzatalismy sie troche, weszlismy do kosciola, do miejscowego sklepu spoldzielczego, gdzie nie chcieli nam opuscic ani centa i poszlismy na sam szczyt wzniesienia (znowu!), zeby obejrzec inkaskie ruiny. Szczerze powiedziawszy, po Machu Picchu zadne (prawie) ruiny nie robia az takiego wrazenia. “Po Machu Picchu swiat nie jest juz taki sam” :-) No ale do rzeczy. Ruiny, tak jak myslalem, male i… tyle. W zwiazku z tym, ze na Taquile mamy 3 godzinki czasu musimy udac sie juz w droge powrotna do puerto principal, skad odchodzi nasza barka. Po drodze widzimy na granatowej tafli bezmiaru Jeziora male, biale punkciki - to kolejni przybywajacy z Puno turysci - chyba z 15-20 lodzi. Uciekamy! :-) Chcielismy zjesc tu jeszcze polecana przez przewodnik piranie, ale anie nie mielismy juz czasu, ani piranie nie sa juz serwowane. Znowu te stare informacje!

Z portu wyplywamy w strone Puno punktualnie o 12.00, a podroz zajmie nam 3 godzinki - o ile nasza barka wczesniej nie dokona zywota, bo tak sie troche zapowiadalo :-)

Ruszamy w dalszą drogę

Rejs monotonny.. bylby gdyby nie bylo to Titicaca! Wspolpasazerowie cisi i mili, widoki piekne, barka terkoce i od czasu do czasu lekko sie dlawi, za to kapitan (dzielny, maly dziadek) daje rade przez caly czas bez lisci coca, twardziel! :-) Tuz przed przyplynieciem do portu silnik gasnie, a jeden z kapitanow cos odkreca, wlewa dwie nakretki ropy i plyniemy dalej w rytm wystukiwany przez stary, widlasty, 8-cylindrowy silnik Forda. Przepieknie!

Sternicy i kapitanowie na Titicaca

Po wyprawie jeszcze tylko pyszna rybka na przystani, zerkniecie na targ i jazda rowerem na plac glowny. Na podwiezienie nagabywal nas mlody chlopak, ale juz w polowie drogi zrobilo nam sie strasznie zal, bo cos sapal strasznie i do konca siedzielsmy juz jak na szpilkach trzymajac kciuki za jego powodzenie :-) Zaplacilismy mu wiecej niz chcial - w koncu sie napracowal :-)

Dowiedzielismy sie tez, ze granica z Boliwia jest zamykana (?!) juz o 18.00 lokalnego czasu, wiec dzis noc spedzamy znowu w hosteliku Margarita, bo zaden autobus juz nie kursuje - a to tylko niecale 3 godziny jazdy. Moze to i dobrze, bo przyda nam sie goraca kapiel!

Dzis nasza ostatnia noc w Peru! Do zobaczenia “kiedys tam”!